O powieści Zły Leopolda Tyrmanda – Rozdział 2

| 19 stycznia 2002 | 0 Komentarzy | Odsłon: 1 015
2. Okoliczności ukazania się Złego i opinie krytyków

W poprzednim rozdziale wiele miejsca poświęciłem kontrowersjom dotyczącym autentyczności Dziennika 1954. Jest to ważne zagadnienie, ponieważ jeśli rzeczywiście powstawał on od stycznia do marca 1954 roku, to praca nad nim poprzedzała bezpośrednio pracę na Złym. I rzeczywiście, w posłowiu do dziennika Leopold Tyrmand pisał:

zly_LT„Dziennik kończy się jakby w połowie długiego wywodu, autoportretu z komentarzem i tłem, pośrodku zdania. Dlaczego tak nagle? Trudno o dokładne wyjaśnienie. Ostatniego wieczoru, zmęczony pisaniem, jak zdarzało się często, urwałem zdanie, zamierzając nazajutrz do niego wrócić. Lecz już nie wróciłem. Następnego dnia Czytelnik zaoferował mi kontrakt na napisanie Złego […] Oczywiście rozmowy w sprawie pisania powieści dla Czytelnika toczyły się od pewnego czasu. dlaczego nie wspomniałem o nich w dzienniku? Nie bardzo wiem, coś mnie wstrzymywało. Z natury jestem przesądny, wierzyłem zapewne, że im mniej będzie o tym zamierzeniu mowy, tym większa na nie szansa. Zaś ja bardzo chciałem pisać powieść – o czym jest w dzienniku bardzo wiele” [1].

Wynika z tego jednoznacznie, że koniec Dziennika wiąże się nierozerwalnie z przygotowaniami do pisania Złego. Jest to bardzo ciekawy układ, gdyż możemy porównać niejednokrotnie osobiste zapiski pisarza oraz jego poglądy na rzeczywistość ze stylem i zawartością treściową powstałej niemal w tym samym czasie powieści.

Uderza więc szczególnie odmienne potraktowanie Warszawy, która w obu utworach jest jednym z najważniejszych komponentów. W Złym stolica ukazana jest w sposób niemal sielski i sentymentalny. Mamy tu do czynienia z pochwałą Warszawy, hymnem na jej cześć, czymś w rodzaju olbrzymiej ody. Natomiast obraz miasta utrwalony w Dzienniku jest o wiele bardziej przygnębiający i szary. Na pierwsze miejsce wysuwa się brzydota stolicy i panujący w niej nastrój beznadziejności, co nie powinno dziwić, kiedy weźmiemy pod uwagę ówczesną sytuację pisarza.

W Dzienniku zawiązują się też motywy późniejszej fabuły Złego. Mam tu na myśli przede wszystkim uwagi o postępującym wzroście przestępczości w kraju, którą Tyrmand wiąże z procesem stalinizacji. Zły jest tworem pisarza, którego sytuacja, przemyślenia i wnioski z okresu poprzedzającego pracę nad powieścią wiernie prezentuje dziennik Tyrmanda. Trudno więc liczyć na pełne odczytanie powieści, pisanej przecież pod wewnętrzną cenzura autora, bez znajomości jego Dziennika 1954.

Data powstania i ukazania się Złego jest niezmiernie ważna. Sukces powieści Tyrmanda zależał w dużej mierze od czynników zewnętrznych: sytuacji politycznej lat 1955-56 i stosunkowi do modelu twórczości obowiązującemu we wcześniejszym okresie. Chodzi oczywiście o stosunek Złego do socrealistycznej doktryny, której w styczniu 1949 roku szczeciński zjazd pisarzy nadał sankcję metody twórczej obowiązującej wszystkich piszących. Nie ulega wątpliwości, że powieść Leopolda Tyrmanda zdecydowanie wyłamuje się z nurtu klasycznych produkcyjniaków, z nurtu literatury przesiąkniętej ideologią. Zły mówi „nie” twórczości, której główną ambicją była agitacja podporządkowująca kulturę duchową społeczeństwa strategii stalinizmu. Stoi więc w zupełnej opozycji do socrealizmu. Kazimierz Koźniewski napisze w recenzji piątego wydania powieści:

„Powieściowy konspekt Tyrmanda był już jawnie socrealistyczny, żadnej ideologii, żadnej mowy-trawy. Że to Warszawa! Podówczas wielka miłość wszystkich Polaków. Awantura kryminalna – na zupełnie kryminalnym (powieściowym!) bezrybiu – ale kryminalna nader specyficznie. Warszawa przestępczego podziemia. Na owe czasy coś zupełnie, oszałamiająco nowego!” [2]

Koźniewski znakomicie odsłania źródła powodzenia Złego. Powieść ta była bowiem nowością na rynku czytelniczym. Ludzie zalewani przez kilka lat literaturą zaangażowaną, nastawioną na pouczanie, przywitali Złego z entuzjazmem. Powieść Tyrmanda, zrywając ze schematem, była utworem mającym głównie dostarczać rozrywki. Mówiąc językiem gospodarki wolnorynkowej, Tyrmand w roku 1956 na krótko stał się „monopolistą” i to przeważyło szalę sukcesu.

Stosunek Złego do socrealizmu nie jest jednak tak jednoznaczny. Należy pamiętać, że powieść ta jest rodzajem ody na cześć stolicy, a jest to przecież gatunek szczególnie ulubiony przez realizm socjalistyczny. Poza tym, jak słusznie zauważa Koźniewski, Zły jest powieścią absolutnie pozytywną, wręcz propaństwową. Jeżeli Dziennik jest przesiąknięty krytycyzmem wobec współczesnej pisarzowi, politycznej rzeczywistości, to w Złym takiego krytycyzmu nie znajdziemy.

Warszawa ukazana jest optymistycznie. Tyrmand z uporem przemilcza wszystko, co związane jest z ideologią, tak przecież wszechobecną w roku 1954. Brak tych wszystkich realiów, które mocno dały się wtedy we znaki społeczeństwu polskiemu. Zły jest pełen entuzjazmu przewijającego się na wszystkich kartach tej powieści, utrwala przekonanie, że choć przestępcy są źli, to jednak ludzie są dobrzy, a sprawiedliwość zwycięża.

Dzieło Tyrmanda nasycone jest uczuciem nadziei na lepsze jutro. Trudno wyobrazić sobie bardziej korzystny moment na ukazanie się utworu o takim charakterze. Był to przecież okres, gdy po latach twardego terroru stalinowskiego pojawiła się nadzieja na jakieś zmiany. Przełom grudnia i stycznia 1955/56 roku. Minęły już pierwsze miesiące „odwilży”, rozpoczynało się wielkie polityczne trzęsienie ziemi, działało już nowe „Po prostu”, a Złego czytać się będzie wraz z pierwszymi, poufnie krążącymi kopiami referatu Chruszczowa wygłoszonego na XX Zjeździe KPZR.

Krytyka towarzysząca ukazaniu się powieści Tyrmanda charakteryzuje się pewną bezradnością, jeżeli idzie o określenie przynależności gatunkowej i ocenę jej wartości artystycznej. Wypowiada się na ten temat Jerzy Pilch:

„Jeśli przyjrzeć się liście przypisywanych Złemu literackich parantel i patronatów, zamroczenie gatunkowe recenzentów zdumiewa tym bardziej. Znajda się na niej wprawdzie nazwiska Prusa i Sienkiewicza, ale o wiele częściej przypisywano Tyrmandowi terminowanie u takich mistrzów jak Merczyński, Nasielski, Dołęga-Mostowicz czy Helena Mniszek, fascynację Operą za trzy grosze, Tajemnicami Paryża lub angielską balladą uliczną, nie mówiąc już o takich autorach jak Max Brand, Wallace i 10-groszowych zeszytach Lorda Listera” [3].

Na jednym biegunie sytuują się ci krytycy, którzy w złym chcieliby widzieć wielką realistyczna i społecznie zaangażowaną powieść. Do nich należy na przykład Andrzej Micewski, który zarzucał Tyrmandowi całkowite pominięcie realiów społecznych opisywanej Warszawy, przyznając jednocześnie, że „są w niej artystycznie udane elementy zaufania do państwa i prawa, jest pokazana całkiem szeroka rola milicji, praworządności i ładu społecznego. Wcale często pojawia się dobry człowiek, dobry pracownik, powiedziałbym człowiek socjalistyczny, choć go autor tak nie nazywa. Wszystko to bardzo pięknie, ale jak na kilkaset stron powieści współczesnej, o wiele za mało” [4].

Tym, którzy mieliby ochotę dostrzec w Złym ucieleśnienie cnót realistycznych, coś w rodzaju dokumentu epoki, odpowiedział na łamach „Życia Warszawy” Jarosław Iwaszkiewicz:

„Niektórzy zachwycają się prawdziwym obrazem Warszawy podanym przez Tyrmanda […] Któż jednak z bywalców »Brystolu« czy »Rarytasu« pozna w czarodziejskich pałacach odmalowanych przez autora Złego nasze ponure knajpy zimne i pustawe, w których bardzo źle i przeciętnie żywią człowieka” [5].

Tego samego zdania był również recenzent „Twórczości” Jerzy Kwiatkowski pytając „Kto spadł z księżyca?” Porównuje on dwa opisy redakcji pisma codziennego, chronologicznie bliskie sobie. Autorem pierwszego z nich jest Kazimierz Brandys, drugiego Leopold Tyrmand:

„Redakcja przedstawiona z jednej z tych powieści jest zaprzeczeniem redakcji przedstawionej w powieści drugiej. Tam mówi się tylko o reportażu z fabryki i budowy, o roli partii, o znaczeniu prawdy socjalistycznej. Tu mówi się jedynie o zdystansowaniu konkurencyjnego pisma, odkryciu najnowszej sensacji, »o bazarach i placach, o ogródkach i plażach« i o ZŁYM. Wniosek jest prosty: jeden z dwu pisarzy spadł z księżyca. I oto tym pisarzem okazuje się nie Brandys z lat schematyzmu, lecz Tyrmand” [6].

Kwiatkowski zwraca także uwagę na niepokojące tendencje do amerykanizacji świata przestępczego i zafałszowanie obrazu inteligencji.

Kazimierz Koźniewski, recenzując w roku 1990 V wydanie Złego jest przekonany, że powieść tę cechuje całkowita idealistyczność, a świat który ukazuje jest oderwany od jakiejkolwiek społecznej atmosfery tamtych lat: „Sceneria realistycznie prawdziwa, ale akcja zupełnie bajeczna” [7]. Jednocześnie cała plejada recenzentów Złego wymieniając zalety powieści, na pierwszym miejscu wymienia wrażliwość na realia stolicy, kronikarską pasję Tyrmanda. Należy do nich Andrzej Kamiński, Piotr Zwoliński, Jan Błoński, Jan Styczeń i inni.

Mechanizm tych nieporozumień polega na specyficznym funkcjonowaniu absolutnie realistycznych fragmentów Złego, które rzutowały na pozostałe, często nie mające nic wspólnego z realizmem elementy powieści. W takiej sytuacji czytelnik opatrywał walorem realizmu całość utworu. Mechanizm ten zupełnie łatwo tłumaczy się na tle oczekiwań czytelniczych społeczeństwa, panującego w nim „głodu literatury realistycznej” spowodowanego długim okresem postu w latach 1949-55. Jeśli więc po serii „socrealistycznych arcydzieł”, nie mających z życiem nic wspólnego, pojawiła się powieść zawierająca choć okruchy rzeczywistości, to czytelnicy skłonni byli przymknąć oko na jej gatunkowe niedociągnięcia.

Kazimierz Koźniewski podkreśla, że Zły to „Powieść swojego czasu i swojego miejsca” [8]. Akcentuje tym samym, że utwór Tyrmanda jest produktem tamtej epoki i w odniesieniu do niej zupełnie się tłumaczy. Nie wszystko jednak da się wytłumaczyć swoistym socrealistycznym wyposzczeniem czytelników. Wszak sam wielki Gombrowicz zapisał w swoim dzienniku:

„Tyrmand! Talent! To jak warszawska bosa dziwka w oczach wyrostka, jak tłusta warszawska kuchta w oczach uczniaka, jak kurwa pijana w oczach ulicznika. Brud i taniocha – a pożądana i zachwycająca! Jakiż sex-appeal ma ta saga, na 300 procent warszawski, ten sam co niegdys czaił się w bramach kamienic na Hożej czy Żelaznej […]. Tyrmand jest najdoskonalszą kontynuacją naszej romantycznej poezji, on przejął jej pióropusz, on pisze jej ciąg dalszy…” [9]

Opinia ta to niewątpliwie pochwała talentu pisarza, choć wyrażona w dość dwuznacznych słowach. Talentu niekwestionowanego, lecz „na miarę nowej historii proletariackiej” [10]. Witold Gombrowicz jest bowiem przekonany o „dziejowej” konieczności Tyrmanda: „Wiedziałem, że Tyrmand jest nieunikniony: że musi wejść jak księżyc, romantycznie i wybuchnąć” [11]. To przekonanie podziela z Gombrowiczem Jan Błoński, który także uważał Złego za jedyną możliwość i konieczność epoki.

Nie tylko Gombrowicza zafascynowała lektura powieści Leopolda Tyrmanda. O swoim kontakcie ze Złym opowiedziała w dziennikach Maria Dąbrowska:

„Do trzeciej w nocy czytałam Złego Tyrmanda. Wszyscy się z tego wyśmiewają, a ja uważam to za ważną książkę 10-lecia. Może równie ważną, jak w swoim czasie Dzieje grzechu Żeromskiego; niższa klasa artyzmu, ale tak samo szmirowato-melodramatyczna; lecz rzeczywistość jest szmirowata i to powinno było znaleźć swój ekwiwalent w literaturze. Pisane, mimo pewnych dłużyzn, z takim talentem, że w miarę czytania robiło mi się słabo i dostawałam bicia serca. Czułam, że sobie szkodzę, a jednak czytałam” [12].

Ta ocena przedłożona przez znakomita polską pisarkę zaskakująco przystaje do refleksji Gombrowicza i Błońskiego. Szmirowato-melodramatyczna rzeczywistość powieści ma swoje odbicie w szmirze rzeczywistości socjalistycznej Polski. Tyrmand „powinien” zaistnieć w literaturze. Do tego zgodnego chóru, podkreślającego że duch pisarstwa autora Filipa zgodny jest z duchem proletariackiej rzeczywistości, światem, który Tyrmand usiłuje przedstawić na kartach swej powieści, dołączyć możemy opinię Jerzego Jarzębskiego:

„Zły odniósł wspaniały sukces u czytelników właśnie dzięki stopieniu bystrej obserwacji obyczajowego szczegółu z poetyką taniego romansu kryminalnego. Zły stał się modelowym wprost wykwitem pewnej subkultury, której nie dało się żadną miarą opisać z pomocą reguł realistycznej, wyważonej w proporcjach opowieści – oczywiście jeśli opis oddawać miałby, prócz »obiektywnego« zespołu faktów, także cos tak nieuchwytnego jak »stan ducha« społeczeństwa, jego odczucie »ładu świata«, wartości, etc. »Podziemności« samego tematu towarzyszyła tu zatem równolegle »podziemność« estetyki zastosowanej w narracji” [13].

Aby dopełnić obrazu stosunku krytyki do Leopolda Tyrmanda, wypada przytoczyć jeszcze skrajnie różne opinie o jego pisarstwie, autorstwa Stefana Kisielewskiego i Andrzeja Kijowskiego, zamieszczone w „Twórczości” w 1962 roku. Ukazały się one w związku z pojawieniem się na rynku Filipa, obie jednak dotyczą całokształtu twórczości pisarza, obie też odwołują się do Złego.

Stefan Kisielewski tak określił pisarstwo Tyrmanda: „Uważam, że Tyrmand to typowy pisarz I klasy […], a pomyłka krytyki wynika z faktu, że rozmyślnie obiera on sobie pewne wzorce gatunków formalnie będących »en voque« (podobnie robił Balzak, gdy pisał powieści na pozór sensacyjno-kryminalne), tworząc swego rodzaju »pastiche«. Rozmyślną syntezą gatunku zwanego »thriller« […] z romantyczną powieścią przygodowo-obyczajową […] jest Zły” [14].

Andrzej Kijowski odpowiada zaś w sposób miażdżący: „Tyrmand tworzy język literacki wyrostków. Jest ich Kochanowskim. Jest ich Balzakiem. Opisał ich życie (myślę także o Złym). Przedmiotem refleksji uczynił ich gest, strój, mimikę. Lecz jednocześnie wydrążył ich psychikę, wypowiedział ich namiętności, postawił ich przed problemem zła i dobra, nauczył ich moralnego paradoksu. Jest więc ich Dostojewskim. Jest naprawdę wielkim pisarzem. Dla gówniarzy” [15].

Ta polemika wyrażona 6 lat po ukazaniu się Złego niech posłuży za ilustrację kontrowersji rozpętanych wokół oceny artyzmu Leopolda Tyrmanda. Jeżeli jednak rzeczywiście jest on Balzakiem dla gówniarzy, to jak z takim stwierdzeniem pogodzić pochlebne opinie wypowiadane o jego pisarstwie przez ludzi o wysokiej kulturze literackiej: Gombrowicza, Dąbrowską czy choćby Tadeusza Konwickiego, który tak opisuje swoje pierwsze spotkanie ze Złym:

„Tyrmand wydał książkę pod intrygującym tytułem Zły i ta książka od razu stała się fenomenalnym bestsellerem. Rzecz jasna, byłem zbyt dumny, żeby sięgać po jakiś kryminał napisany przez wroga klasowego. Jednakże długo nie wytrzymałem. Sięgnąłem po egzemplarz zaczytany już do ostatka i nie wypuściłem go z ręki przez dzień i noc, póki nie skończyłem lektury. Co tu kryć, padłem do tyłu z zachwytu” [16].

Niesłabnące zainteresowanie powieścią Tyrmanda, które obserwujemy także dzisiaj, opinie ludzi nie cierpiących na „socjalistyczne zatrucie” jak na przykład Witolda Gombrowicza, zmusza do konkluzji, że choć moment ukazania się Złego, towarzysząca pierwszej lekturze atmosfera politycznej „odwilży”, czyli jednym słowem zewnętrzne uwarunkowania były bardzo istotne dla ogromnego sukcesu utworu, to jednak nie tylko one decydowały o nim. W dalszych rozważaniach zajmę się poszukiwaniem źródeł fenomenu Złego wewnątrz struktury powieści, analizując przede wszystkim trzy warstwy kultury, z których doświadczeń korzysta przy tworzeniu swego dzieła Leopold Tyrmand.

PRZYPISY

  1. L. Tyrmand, Dziennik 1954, Warszawa 1989, s. 383.
  2. K. Koźniewski, Nie taki zły [w:] „Polityka”, 1990, nr 24.
  3. J. Pilch, Romans z bruku zrujnowanego [w:] „Tygodnik Powszechny” 1985, nr 43.
  4. J. Pilch, Romans z bruku zrujnowanego [w:] „Tygodnik Powszechny” 1985, nr 43.
  5. J. Pilch, Romans z bruku zrujnowanego [w:] „Tygodnik Powszechny” 1985, nr 43.
  6. J. Kwiatkowski, Polski bestseller [w:] „Twórczość” 1956, nr 4, s. 174-178.
  7. K. Koźniewski, Nie taki zły [w:] „Polityka”, 1990, nr 24.
  8. K. Koźniewski, Nie taki zły [w:] „Polityka”, 1990, nr 24.
  9. W. Gombrowicz, Dziennik (1957-1961), Paryż 1962, s. 100-101.
  10. W. Gombrowicz, Dziennik (1957-1961), Paryż 1962, s. 100-101.
  11. W. Gombrowicz, Dziennik (1957-1961), Paryż 1962, s. 100-101.
  12. M. Dąbrowska, Dzienniki 1951-1957, Warszawa 1988, s. 244.
  13. J. Jarzębski, Powieść jako autokreacja, Wrocław 1984, s. 298-299.
  14. S. Kisielewski, Leopold Tyrmand – pisarz zapomniany [w:] „Twórczość” 1962, nr 4.
  15. A. Kijowski, Wielki pisarz. Dla kogo? [w:] „Twórczość” 1962, nr 4.
  16. T. Konwicki, Zorze wieczorne, Warszawa 1991, s. 38.

Tagi: , , , ,

Kategoria: Inne, Publikacje, Zły Leopolda Tyrmanda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pin It on Pinterest