Wspomnienia wiertacza szybowego z Krygu

| 22 maja 2004 | 2 komentarze | Odsłon: 1 395

Pan Władysław S., ofiara stalinowskich represji, pragnął, aby jego doświadczenia stały się w przyszłości lekcją prawdy o czasach, w których przyszło mu żyć i systemie, który tak boleśnie go doświadczył. Ten swoisty testament zrealizował ks. Martyński, dokonując w 1997 roku opracowania wspomnień wiertacza szybowego z Krygu.

Kopie tego opracowania rozesłał różnym osobom, ale pomimo jego starań i wysiłków ten niezwykły dokument nadal nie jest znany szerszemu gronu odbiorców. Zdecydowaliśmy się więc na publikację w naszym serwisie wspomnień p. Władysława S. i jesteśmy głęboko przekonani, że w ten sposób będziemy kontynuować misję ks. prałata Martyńskiego, który zmarł w ubiegłym roku. Tylko umieszczenie tych dramatycznych wspomnień w internecie da szansę pełnej realizacji życzenia p. Władysława.

Tekst ten otrzymaliśmy od księdza Krzysztofa Nalepy z Łodzi – bliskiego przyjaciela i powiernika ks. Kazimierza Martyńskiego. Wspólnie zdecydowaliśmy o jego umieszczeniu na stronach NIS Lipinek. Jednocześnie doszliśmy jednak do wniosku, aby nie podawać nazwisk bohaterów tych wydarzeń. Jednocześnie dokonano delikatnej kosmetyki maszynopisu i poprawienia ewidentnych literówek. Tekst został podzielony na kilka części i dodano śródtytuły. Mamy nadzieję, że te wstrząsające wspomnienia staną się według życzeń ich autora pamiątką historii i przestrogą na przyszłość.

Przedmowa

W dniu 27 lipca 1990 roku przyjechał na plebanię do Lipinek, wynajętym samochodem, pan w bardzo już zaawansowanym wieku, wspierający się na lasce i przedstawił się nazwiskiem Władysław S., mieszkaniec Krygu, nr domu …, były pracownik kopalni „Królówka” w Krygu. Wyciągnął z mocno podniszczonej skórzanej teczki spory zwitek pożółkłych kartek formatu A-3 (podwójny maszynowy), wyjaśnił, że to są jego wspomnienia i prosił o ocenę ich treści. Dodał, że napisał te wspomnienia ze swego aresztowania, śledztwa i więzienia jeszcze w 1965 roku, ale bał się ich wtedy komukolwiek pokazać. Spieszył się, żeby nie płacić dużo za postój wynajętego samochodu, dlatego umówiliśmy się, że po przeczytaniu tych wspomnień, odwiedzę go w jego domu i wyrażę zdanie na ten temat.

Gdy czytałem te wspomnienia pana Władysława, uderzyła mnie od razu ich wielka oryginalność i autentyczność, zarówno w treści, jak i w pisowni. Zauważyłem też pewne niejasności, które postanowiłem wyjaśnić. W dniu 15 grudnia 1990 roku udałem się, zabierając ze sobą wspomniany rękopis, do domu p. Władysława, gdzie linijka po linijce omawialiśmy tekst zapisu, wyjaśniając wiele niezrozumiałych dla mnie wyrażeń. Pan S. tak zarekomendował swoje zapiski: „Byłem jedną z ofiar stalinizmu. Swoje przejścia z tego okresu postanowiłem utrwalić na piśmie, ażeby ci, którzy pamiętają te czasy, lecz mieli szczęście, że nie byli bezpośrednio dręczeni przez ubowców, mogli poznać te okrucieństwa przynajmniej z opisu. Natomiast dla ludzi młodych, nie pamiętających okropności tych czasów, oraz dla przyszłych pokoleń, aby na podstawie wspomnień jednej ofiary tego systemu mogli sobie wyobrazić, na jakich zasadach był oparty ten system.”

Pan S. wyraził pisemną zgodę na opublikowanie jego zapisków, ale zastrzegł ustnie, że dopiero po jego śmierci. Powiedział wtedy: ” Oni jeszcze chodzą po Gorlicach z rewolwerami w kieszeniach i mogliby mnie zastrzelić”. Pan Władysław S. zmarł w Krygu w wieku 96-ciu lat, 7 marca 1995 roku, ja natomiast czuję się zobowiązany do spełnienia jego pragnienia udostępnienia tych wspomnień innym. Moje opracowanie dotyczy jedynie poprawienia ortografii, wyeliminowania powtórzeń, wyjaśnienia mało znanych wyrażeń, natomiast treść i styl zostają bez zmian.

 ks. Kazimierz Martyński

1. Aresztowanie

Życiorys pisany własnoręcznie dla młodego pokolenia, aby wiedzieli, jak komuniści mordowali absolutnie niewinnych ludzi.

Pracowałem na kopalni Królówka jako nadzorca. W roku 1949 wierciliśmy na kopalni Hanka otwór nuner 2. Wiercenie, czyli cała ta praca, była w najlepszym porządku. Staraliśmy się, aby to wiercenie wykonywać jak najlepiej i tak naprawdę było. No, ale przy wierceniach to nie było i nie ma tak, aby się coś nie psuło, to czasem trzeba było jakieś usterki do porządku doprowadzić. To gdy czasem się zdarzyło, że trzeba było coś naprawić, to nam zarzucali, że to specjalnie psujemy, że uprawiamy sabotaż.

Jednego razu urwał się „wuj” (jeden zwój) przy linie wiertniczej i musieliśmy robić „splata” (zapleść od nowa ten urwany zwój). Rano przy raporcie meldowałem, że robili koło liny (około dwóch godzin – ustne uzupełnienie autora), to dyrektor powiedział do mnie tak: „Ja już zauważyłem, że wy tam macie tajną organizację i uprawiacie sabotaże”. A tym dyrektorem był człowiek, groźny komunista sprzed wojny, to dlatego był na stanowisku dyrektora i gdzie tylko był, to musiał kilka osób wpakować do więzienia. Dyrektorem był Michał K. z Harklowej z awansu społecznego. Półanalfabeta współpracujący z „bezpieką”, dopatrujący się wszędzie sabotażu i działania przeciw komunistycznym władzom, a za największy sukces uważał „wykrywanie” wśród pracowników podległej kopalni i aresztowanie „wrogów komunizmu” – ustne uzupełnienie autora pamiętników.

Jak wyżej wymieniłem, że wykonywaliśmy prace w najlepszym porządku i dowierciliśmy się ropy wcześniej, niż było zaplanowane, ale to nie było ważne, ponieważ ten, który był jako dyrektor już miał w planie, aby kilka osób wpakować do więzienia i to wykonał. We wrześniu 1949 roku wybrał spośród załogi, którzy się jemu nie podobali, pięciu, a to: Jan D. – kierownik techniczny, Jan K. – kierownik, Władysław S. – nadzorca (autor wspomnień), Jan Ś. – wiertacz, Jan O. – wiertacz. Wszyscy wymienieni pięciu byliśmy przeznaczeni do aresztowania.

1949 rok, wrzesień, nie przypominam sobie już, który to był dzień. Podjeżdżali pod każdego z osobna, po północy i przeprowadzali u każdego rewizję i zostali wszyscy aresztowani. Do mnie podjechali na kopalnię i z kopalni zabrali mnie do domu. W domu zrobili szczegółową rewizję. W starym koszu, w którym były rzeczy niepotrzebne, wrzucona była stara gazeta amerykańska, o której ja zapomniałem, to tę gazetę zabrali. (Gazetę przysłała rodzina z Ameryki w paczce żywnościowej zaraz po wojnie, nie pamiętam, żeby tam było coś o polityce – ustne uzupełnienie autora). Poza tym u żadnego przeprowadzone rewizje nie dały im żadnego rezultatu. Tylko u kierownika D. wisiał dyplom krzyża „Virtuti Militari”, to sobie zanotowali, u mnie wisiał dyplom „Krzyża Walecznych”, też zanotowali. (U mnie zerwali ten Krzyż ze ściany i powiedzieli: „Zobaczymy twoją waleczność”. Myślę, że to też było przyczyną specjalnego prześladowania mnie – ustne uzupełnienie).

2. Początek męki

Każdego z osobna przywozili do UB w Gorlicach, tam gdzie obecnie jest Policja i zamykali każdego osobno. W drugi dzień zaprowadzili mnie do szefa UB. Szef UB bardzo grzecznie się do mnie odnosił, kazał mi siadać, papierosem chciał mnie gościć, ale ja nie paliłem. Zaczyna słodkie słówka i obiecuje mi, że wyjdę na wolność, tylko abym wszystko prawdę mówił. Ja odpowiedziałem: „Tak szefie, ja tylko prawdę będę mówił”. To on zadaje takie pytanie: „Powiedz, kto cię namawiał na sabotaż?”. A ja odpowiadam: „O żadnym sabotażu nie wiem i żadnego sabotażu tam nie było. Pracowałem szczerze i wszystko było w porządku”. A on się pyta: „Ksiądz cię namawiał, aby nie dostać ropy i namawiał cię na sabotaż?” A ja odpowiadam: „Absolutnie ani słowa z księdzem na temat kopalni nie rozmawiałem i w ogóle z księdzem nie mam żadnego tematu do rozmowy”. (Chodziło o księdza Jana N., który był proboszczem w Krygu w latach 1947-1952). To on (szef) znowu: „A Ignacy K. (przedwojenny właściciel kopalni) też cię namawiał na sabotaż?” A ja odpowiedziałem na to: Przeciwnie. Z K. rozmawiałem jednego razu, to on mi doradzał, ażeby wiercieć na Hance, że tam jest pewna ropa”. I na te słowa wstał z krzesła i mówi: „Ty sku…synu piłsudczyku, to zamiast mówić prawdę, ty jeszcze obstawasz za nimi” i uderzył mnie w twarz tak silnie, że aż spadłem na podłogę i zadzwonił. Przyszedł ubowiec i zatrzymał (zaprowadził) mnie pod celę – to było w dzień.

W 3-ci dzień już zabrali mnie w nocy i całą noc ciągli śledztwo. Początkowo na różne sposoby brali, aby nie bronić księdza to wyjdę na wolność i różne protokóły pisali na swoją korzyść i wszystko o księdzu podstawiali mi do podpisu. To ja się opierałem, że ja nie wiem, co podpisuję, muszę przeczytać. To dawali mi czytać. To coś okropnego jakie cygaństwa pisali i wszystko na księdza, to ja nie podpisywałem. To początkowo tłumaczyli mi różnie: „Co ci zależy na księdzu, jak będziesz podpisywał, to wyjdziesz na wolność, a tak to zgnijesz w więzieniu”.

To w 4-ty dzień zabrali mnie w nocy i już trzymali mnie całą noc i cały dzień i bez przerwy pisali protokóły, a pisać nie umieli, to jeden drugiemu doradzał jak pisać i dawali mi do podpisywania, to ja nie podpisywałem. To znowu w 8-mą noc trzymali mnie trzy noce i protokóła pisali i bili na różne sposoby i straszyli, że mnie zamordują, jak nie będę podpisywał na księdza. To ja im powiedziałem: „Możecie mnie zamordować, a fałszywych protokółów podpisywał nie będę”.

3. Ciemnica

Tak w skróceniu napiszę: 3 miesiące mordowali mnie, abym podpisał protokóła na księdza i bili w nieludzki sposób, tak że już o własnych siłach nie dałem rady z góry zejść pod celę, to mnie znosili, znosili mnie bezprzytomnego i całego spuchniętego. To leżałem nieraz tydzień na tym pryciu (więzienne łóżko) z desek, niczym przychodziłem do przytomności. A na kibel (więzienny ustęp) już o własnych siłach nie dawałem rady schodzić, to współwięźniowie znosili mnie z prycia.

Nie będę operował datami, bo to nie jest możliwe, ale przypominam sobie, że to było w trzecim miesiącu. Trzymali mnie na górze pięć dni i pięć nocy. W dzień stałem, a w nocy bili i ciągli śledztwa. I tylko o księdza chodziło. Co kilka godzin dawali mi do podpisywania, a że ja nie podpisywał, to okropnie bili, a najgorzej w stopy gumami, tysiące różnych przysiadów i aparaty na 150 Volt do przyrodzenia, a słowa nie słyszałem inaczej, tylko: „Ty skur…synu, bandyto, piłsudczyku! Jak ci zależy na księdzu, to cię wykończymy”.

W piątą noc już nieprzytomnego zanieśli mnie do ciemnicy, którą nazywali „londyn”. To jest taka mała dziura – trzydzieści centymetrów wody i błota. I w nocy rzucili mnie nieprzytomnego do tego błota i w tym błocie leżałem. Po jakimś czasie odzyskałem przytomność, troszku podniosłem głowę i tak myślę: gdzie ja jestem? Absolutnie nie przyszło mi na myśl o tym, że ja znajduję się na UB i tak macam dokoła siebie, woda i błoto, i tak myślę: to ja pewnie umarł, leżę w grobie i się obudziłem i muszę z powrotem umrzeć, bo kto mnie z tego grobu wyratuje.

I tak leżę w tym błocie, i tak od czasu do czasu zalatywał mnie głos człowieka, głos jakiś taki dziwny, żałosny. Boże, co to ma być? – tak sobie myślę – czy jeszcze ktoś w grobie się obudził tak jak ja? Próbuję wstać, nie daję rady i dalej w tym błocie leżę, i dalej nie wiem, gdzie jestem, i dalej jakiś głos człowieka mnie zalatuje, cichy, żałosny.

Już nad ranem słyszę zgrzyt klucza w zamku. Otwierają się drzwi i przyświecił z latarki, i pyta się: „Kto tu leży?” Gdy mnie przyświecił w twarz i rozpoznał mnie, mówi: „To wy S.?” To ja się odezwałem: „No ja”. A on tak mówi: „O te skur…syny, to tu cię wrzucili do tego błota?” I przyniósł dwie całe cegły, i pomógł mi się podnieść, i mówi: „Siadaj na tych cegłach, a gdy usłyszysz jakie kroki, że ktoś idzie, to te cegły wrzuć w błoto” (żeby ktoś nie ujrzał – ustne dopowiedzenie). Zamknął drzwi i poszedł. To już nie leżałem w tym błocie, tylko siedziałem na tych cegłach i tak stopniowo przypominałem sobie, że ja jestem aresztowany i jestem na UB. A ten, który przyniósł mi te cegły, to był klucznik, który trzymał służbę na tym korytarzu i też jako ubowiec nie mógł się zgodzić i patrzeć na te ludzkie męki.

W tej ciemnicy, w tym błocie trzymali mnie tydzień, ponieważ ja byłem przeznaczony na wykończenie. A w tej ciemnicy żaden więzień, który był przeznaczony na śmierć, nie wytrzymał ani trzech dni, a ja przetrzymałem tydzień, ale tylko dzięki Bogu. Bóg nie pozwolił mnie wykończyć.

4. Pokój bez Boga

Po tygodniowym leżeniu w ciemnicy, znieśli mnie pod celę na pryciu z desek. Leżałem trzy tygodnie spuchnięty tak, że o własnych siłach nawet na nogach ustać nie mogłem. Coś po miesiącu, gdy już zaczynałem po celi chodzić, nocami zabierali mnie na górę i znowu śledztwo. Ale już nie o księdza, ale o gazetę amerykańską. Komu dawałem czytać? I od nowa protokóły piszą, takie jak im pasuje i co chwila dawali, żeby podpisywać. A na każdym protokóle, że dawałem księdzu i Ignacemu K. i jeszcze innym czytać. To znowu dwa miesiące bili w okropne sposoby i za każdym razem znosili mnie nieprzytomnego pod celę. Po dwóch miesiącach, gdy na temat gazety nic nie wybili ze mnie, to wymyślili znowu organizację AK, żebym się przyznał, kto należy do organizacji AK. To znowu coś miesiąc bili.

To już było gdzieś w ósmym miesiącu, skończyli z AK. Nic nie wybili, to zaprosili z Rzeszowa dwóch bandytów do mnie. Jak przyjechali, to zabrali mnie do celi jeszcze spuchniętego. Leżałem słaby na pryciu, to weszli pod celę, wzięli mnie pod pachy, bo ja nie mogłem o własnych siłach iść i zabrali mnie na górę, i chodzą tak ze mną po wszystkich pokojach, i mówią: „Musimy taki pokój znaleźć, gdzie Boga nie ma”. I wyszukali z północy taki, aby nie było słychać jęku na ulicę i rozłożyli te wszystkie akta, przeglądali i mówią do mnie: „Ty skur…synu, przeszło osiem miesięcy biją i nic, ani słowa nie gadasz prawdy”. I od początku zadają pytania. Że ja mówiłem prawdę, jak od początku, to kazali mi robić 200 przysiadów. Zrobiłem może trzydzieści i spadłem na podłogę. Zdjęli mi buty i w gołe stopy bili gumami. Tak do rana, pytania i bili całą noc.

Rano o 7-mej, jak już szef UB przyszedł, wzięli mnie pod pachy i zaprowadzili mnie do szefa, i mówią: „Szefie, weźcie tego skur…syna, bo jak długo pracujemy w bezpieczeństwie, to takiego skur…syna jeszcze w rękach nie mieliśmy, ażeby ani jedno słowo się nie przyznał”. Szef kazał mnie zaprowadzić pod celę, a że ja już na nogi nie stanąłem, bo okropnie były spuchnięte, to mnie zanieśli.

5. O krok od śmierci

Po około trzech tygodniach, gdy opuchnięte nogi sklęsły i zacząłem trochę chodzić, znowu zabrali mnie w nocy na pytania i na bicie. Rano nie sprowadzili mnie do celi, lecz kazali stać w pokoju, w którym było przesłuchanie. Gdy się ściemniło, wszedł do tego pokoju mężczyzna, którego dotychczas nie widziałem, a był to okaz chłopa. Wszedł i pyta się: „To ty nazywasz się S.? Ty skur…synu, dziewięć miesięcy cię biją, a ty prawdy nie mówisz? Ale dzisiaj będziesz śpiewał więcej niż ja będę chciał!” Podszedł do mnie i mówi: „Widziałeś kiedy takiego chłopa?” Ale ja się nic nie odezwałem. Pyta dalej: „Ty pracowałeś na Hance?” Ja odpowiedziałem, że tak. „A coś tam widział? Dwa tygodnie wcześniej zanim cię tam zabrali?” Ja odpowiedziałem, że nic. A on do mnie: „To ty dzisiaj tam będziesz leżał”. Jak on wypowiedział te słowa: „To ty dzisiaj tam będziesz leżał”, to prędko ten ubowiec, co mnie pilnował w dzień, wstał i nogą go durknął (trącił) i on przestał mówić.

Ale gdy on się zapytał, com tam widział, to mnie znowu przyszło na myśl, że dwa tygodnie przed aresztowaniem w nocy o 2-giej godzinie przywieźli trupa i zakopali go niedaleko tego szybu, cośmy wiercieli i zakopali go pod lasikiem (mały lasek). Ja widziałem, że podjechało auto i stanęło pod lasikiem. Światła zgasły. Myślałem, że przyjechali z dyrekcji na kontrolę do nas. Dopiero rano, gdy pastuchy wyganiali krowy, zauważyli, że leży ktoś i palce mu widać. Narobili ruchu, przyjechała milicja i zabrali go dalej w głąb lasu.

Obydwaj ubowcy odeszli do kąta i coś tam sobie poszeptali, zdążyłem dosłyszeć tylko słowa: „Za półtorej godziny przyjdę i zabiorę go”. Poszedł do restauracji „Królówka” i tam się spotkał z kolegami, i tak się zapił, aż leżał pod stołem do rana. Rano więzień pracujący w kuchni nazwiskiem Laba przekazał mi tę informację. Dodał jeszcze, że ten ubek miał mnie w nocy zamordować, ale rano już go nie było.

Myślę, że tylko dzięki temu, że Pan Bóg czuwał nade mną… ja żyję! Nieprzytomnego wrzucili mnie w błoto, że się wykończę… Aż sami się dziwowali, żem mógł tydzień w tym błocie przeżyć. Kat miał mnie zamordować, to się upił i mnie nie zamordował.

Dziewięć miesięcy byłem mordowany. Wojewódzki Sąd w Rzeszowie wydał wyrok pięciu lat więzienia. W więzieniach mścili się na nas, jak mogli. Po nocach, kiedy najwyższe mrozy były, to wyganiali nas na korytarz nago i godzinami trzymali. Pod celą nalali pełno wody, to szmatą trzeba było ścierać do sucha. W celi przewracali kubły z nieczystościami i trzeba było sprzątać.

To co napisałem, to tylko tak w skróceniu.

Władysław S.

 

Uwagi końcowe

Uwaga 1.
Władysław S. syn Jana i Marii O. urodzony w 1899 r. w Krygu, pow. Gorlice. Uczęszczał do Szkoły Powszechnej w Krygu 3 lata. Ponieważ i ojciec jego był nafciarzem, po I wojnie światowej przenieśli się do Borysławia. Ojciec pracował jako palacz. Syn Władysław skończył 3 lata Szkoły Wiertniczej. W 1937 roku wrócili do Krygu i Władysław pracował tu jako dozorca (zastępca kierownika) na kopalni „Królówka”. Władysław S. zmarł 7 marca 1995 roku i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Krygu.

Uwaga 2.
Ksiądz Jan N. urodzony 3 kwietnia 1900 roku w Mędrzechowie, wyświęcony na kapłana w Tarnowie w 1928 roku, był proboszczem w Krygu w latach 1947-52 i jego dotyczyły stawiane w śledztwie S. zarzuty. W roku 1952 przeniósł się na proboszcza do Szerzyn i tu zmarł jako emeryt w roku 1977 w Szerzynach i tam jest pochowany na cmentarzu parafialnym.

Lipinki, dnia 27 stycznia 1997 roku

 Opracował i przekazał ks. Kazimierz Martyński.
Oryginał wspomnień jest przechowywany
w archiwum parafialnym w Lipinkach.

Tagi: ,

Kategoria: Historia, Wspomnienia

Komentarze (2)

Trackback URL | Comments RSS Feed

  1. ... napisał(a):

    PEWEX

  2. Tom napisał(a):

    Az trudno uwierzyc do czego zdolni byli ludzie. A jeszcze do tego Polak dla Polaka……

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pin It on Pinterest