Powołanie i tajemnica. Autobiografia – Ks. Kazimierz Martyński

| 14 stycznia 2013 | 0 Komentarzy | Odsłon: 1 218
KrzyżPRZEDMOWA

8 grudnia 2004 roku z wielkim żalem pożegnaliśmy ks. Kazimierza Martyńskiego, który w latach 1972-1993 był proboszczem parafii w Lipinkach. O jego zasługach dla lipińskiej parafii pisaliśmy wielokrotnie, z przyjemnością więc publikujemy na stronach NIS Lipinek jego osobiste wspomnienia o drodze do powołania, które umieszczone zostały w jego książce Wdzięczność i radość.

Tekst ten otrzymaliśmy dzięki uprzejmości ks. Krzysztofa Nalepy z Łodzi, wieloletniego przyjaciela księdza Kazimierza Martyńskiego. Pozostawał on z naszym proboszczem w stałym kontakcie korespondencyjnym, odwiedził go też kilka razy w Lipinkach. Ksiądz Nalepa zafascynowany osobowością i mądrością duszpasterską księdza Prałata, który w dodatku był szafarzem jego sakramentu chrztu, jest autorem kilku artykułów poświęconych byłemu lipińskiemu proboszczowi.

Pisząc do mnie w prywatnym liście, ks. Nalepa sformułował myśl, którą chciałbym w tym miejscu przytoczyć: „Mówiąc o ludziach związanych z Lipinkami, trzeba brać pod uwagę rónież i to, co napisali i zdziałali w innych miejscach. Wówczas obraz tych osób jest pełniejszy. Proszę według uznania zrobić z tych tekstów użytek.”

Jestem przekonany, że te wspomnienia wzbogacą nasz serwis, a dla pragnących poznać bliżej ludzi kształtujących oblicze Lipinek, a do takich bez wątpienia ks. Kazimierz Martyński należy, staną się kopalnią nieocenionej wiedzy. Trudno chyba zrobić z tego tekstu lepszy użytek niż popularyzacja go w NIS Lipinek.

Piotr Popielarz

1. POCHODZENIE

Ród Martyńskich wywodzi się ze starej rodziny snycerzy słowackich, z Rabcy, na Morawach. Mój prapradziadek Jan Martinsky, znany na Słowacji snycerz, przywędrował do Borzęcina za pracą. Zamieszkał na plebanii i rzeźbił figury do częściowo spalonego kościoła parafialnego.

Jego syn Adeodat, Jan, urodził się w Rabcy i tam był ochrzczony,ale wnet z matką Anną, przywędrowali za ojcem do Borzęcina. Zamieszkali również na plebanii. Adeodat pod okiem ojca, rozwinął się w niepospolity talent – snycerski. Kupił w Borzęcinie gospodarstwo (7 ha pola z domem) i na zakupionym „gruncie”, wybudował w 1853 roku, wspaniałą, istniejącą do dziś, Figurę Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, którą przepięknie, kolorowo wymalował.

Mój dziadek Jan Martyjski (zmiana pisowni nazwiska), nie odziedziczył po swoim ojcu talentu artysty. Był za to dobrym gospodarzem. Wybudował w 1916 roku nowy dom, kryty kolorowym eternitem. Powiększył gospodarstwo przez dokupywanie ziemi i kolejne małżeństwa (był dwa razy żonaty). Wychował 8-mioro dzieci: trzy córki i pięciu synów i wszystkich odpowiednio wyposażył. Jednym z tych synów był mój ojciec, Józef Martyński.

Jego to ojciec Jan (mój dziadek)zostawił na gospodarstwie, pewnie dlatego, że Józef był inwalidą wojennym. W czasie „Wyprawy Kijowskiej” w 1920 roku odłamki pocisku artyleryjskiego uszkodziły mu staw łokciowy i staw barkowy, oraz odcięły dwa palce (serdeczny i środkowy) lewej ręki. Józef Martyński ożenił się w 1927 roku zWiktorią Rogóż, córką Stanisława, stelmacha z Jagniówki (przysiółek Borzęcina). Józef i Wiktoria zamieszkali na „ojcowiźnie”, zajmując połowę domu (sień, izba i komora) i połowę „gruntu”. Druga połowa domu i „gruntu” była zarezerwowana dla pozostałych dwojga dzieci, Adama i Anny.

Z tego małżeństwa Józefa i Wiktorii Martyńskich, przyszedłem na świat 4 sierpnia 1928 roku. Na wyraźne życzenie Mamy, nadano mi na Chrzcie św. imię Kazimierz, a dopiero drugie Jan, którego życzył sobie Ojciec. Był zwyczaj, że w każdym pokoleniu Martyńskich, jeden z synów miał imię „Jan”. Niedługo cieszyłem się „jedynactwem”, bo za dwa lata urodził się brat Franciszek (zmarł jako dziecko). Potem w odstępach dwurocznych rodziły się siostry: Maria, Genowefa, Janina i Jadwiga. Po wojnie w 1946 roku, urodził się jeszcze brat Józef.

Rodzice byli tradycyjnie religijni, nawet nieco ponad przeciętny poziom. Tato brał udział w asyście ze świecą w procesjach. Mama była zelatorką róży kobiet i prowadziła „śpiewania” (zmiana tajemnic). Obydwoje Rodzice należeli do III Zakonu św. Franciszka i nosili tercjarskie paski.

Do kościoła było daleko – ponad 2 km. Z naszego „kawałka” (wioski) żaden chłopak nie był ministrantem, (ja też nie). Do Krucjaty Eucharystycznej nie należałem, bo przynależność wymagała specjalnego stroju, a moich Rodziców nie było stać na to. Wprawdzie Ojciec otrzymywał co miesiąc rentę inwalidzką (około 50 złotych), ale Rodzice w tym czasie odkupili od Adama i Anny drugą połowę domu i resztę „gruntu”, aby zachować całość „ojcowizny”.

Moim zajęciem od 6-tego roku życia, było pasienie krów, a nieodpartym „hobby”, było „łapanie” ryb w rzece Uszwicy. Obydwa niby powołaniowe zajęcia (pasterz i rybak), ale mnie wtedy, nigdy to na myśl nie przyszło.

2. WYKSZTAŁCENIE

Od 7-mego roku życia uczęszczałem do Szkoły Powszechnej w Borzęcinie Górnym. Pierwsze 4 lata nauki miałem oceny poniżej przeciętnej, przeważnie „dostateczny”, bo nie lubiłem Nauczycielki (była stronnicza) i naumyślnie nie odpowiadałem na Jej pytania, chociaż wiedziałem. Ostatnie 3 lata Szkoły Powszechnej odpowiadałem na „piątki”, bo zmienił się Nauczyciel. W czerwcu 1942 roku otrzymałem świadectwo ukończenia Szkoły Powszechnej (było tylko dwie „czwórki”, reszta „piątki”).

Tu się zaczęła moja „tragedia”. Po wakacjach młodsze dzieci szły do szkoły, a ja nie mogłem się uczyć, choć tak bardzo pragnąłem. Płakałem „za szkołą”. Kuzyn Ojca, Władysław Dziedzic ze Szczurowej, proponował nawet Ojcu, aby mnie jeszcze raz posłał do 7-ej klasy. Sprawa jednak upadła ze względu na oszczędność butów i ubrania, oraz pomocy, jaką zacząłem świadczyć Ojcu w gospodarstwie. Wykonywałem wszystkie prace koniem, poza sianiem zboża (było ręczne).

Każdy rozpoczynający się rok szkolny (1942, 1943 i 1944) był dla mnie odnowioną raną. Próbowałem się uczyć sam… Od Ireny (Koleżanka), wnuczki Nauczyciela Pana Czai; dostałem podręcznik geografii. Od Sąsiadki, której syn Leon (Nauczyciel) zginął we wrześniu 1939 roku, dostałem zeszyty i podręcznik do języka polskiego. Od Sąsiada, który miał konspiracyjną, przedwojenną bibliotekę, pożyczałem historyczne książki (Krzyżacy, Potop, Ogniem i Mieczem, Pan Wołodyjowski).

Niestety w naszej wiosce nie było tajnych kompletów nauczania, a przynajmniej ja nie miałem do nich dostępu. Na samym początku wojny „Gestapo” rozstrzelało 3-ech studentów. Jeden z Profesorów udawał po-mylonego, w ten sposób przeżył wojnę. Reszta zakonspirowała się głębo-ko, lub szukała bezpieczniejszej okolicy.

Przyszło wreszcie wyzwolenie – 16 stycznia 1945 roku. W kilka dni po przejściu frontu, pojechaliśmy z mieszkającym w naszym domu, wysiedlonym spod Lwowa, Mateuszem po drzewo do lasu, bo zabrakło opału. Kiedy na skraju lasu szukaliśmy podeschłej sosny, w odległości około 300 m, ukazał się pomiędzy pniami drzew jaskrawy błysk ognia i zaraz potem potężny huk eksplozji. Domyślałem się … to eksplodował skład pocisków artyleryjskich, pozostawionych przez uciekających Niemców. Po chwili ogłuszającej ciszy, dały się słyszeć gęste uderzenia odłamków w gałęzie i pnie drzew. Odcięte gałęzie z szumem spadały na ziemię. Przytuliłem się, najbardziej jak mogłem, do grubego pnia sosny, by uniknąć śmiertelnego uderzenia.

Zaraz też z p. Mateuszem (bez drzewa) wracaliśmy do domu. Nastąpiły jeszcze dalsze wybuchy, ale my byliśmy już poza zasięgiem odłamków. Po kilku dniach poszedłem pieszo (2,5 km) do lasu, aby obejrzeć miejsce tego wybuchu. Był potężny dół (dom by się schował), wokół rozrzucone artyleryjskie pociski i worki z prochem strzeleckim. Kilku chłopców rozpruwało te worki, wysypywali proch, a zabierali biały materiał, mówiąc, że to jedwab. Ja zabrałem kilka mniejszych woreczków z prochem i przyniosłem do domu. Mimo przykrego doświadczenia z wybuchem, ciekawość wzięła górę…. Na drugi dzień poszedłem jeszcze raz do lasu. Worków z prochem już nie było, natomiast kilku starszych chłopaków rozkręcało pociski, zabierając z nich zapalniki i materiał wybuchowy (ekrazyt). Szybko wróciłem do domu, dobrałem klucz („francuz”) i jeszcze tego dnia poszedłem do lasu. Trafiłem na nowy magazyn, rozkręciłem około 40 pocisków i ze zdobyczą zapalników i ekrazytu, wróciłem wieczorem do domu. Tu robiłem różne rodzaje „bomb”, które detonowałem w polach o zmroku, a o świcie sprawdzałem skutki.

Niedługo dowiedziałem się, że przy takim rozkręcaniu eksplodował pocisk. Na miejscu zginęło 5-ciu moich Kolegów, a szóstemu, który przeżył, wybuch wypalił oczy. Wtedy uświadomiłem sobie, że nade mną specjalnie czuwała Opatrzność Boża, choć nie wiązałem jeszcze tego z powołaniem kapłańskim.

Nadeszły wakacje i odnowiła się moja tęsknota za nauką. Dochodziły słuchy, że nawet na wakacje uruchomiono przedwojenne Gimnazja w Brzesku i w Tarnowie. Otwierano też nowe szkoły średnie w Wojniczu i w Radłowie. W tym czasie zjawił się u nas w domu, wspomniany już Kuzyn Ojca, Władysław Dziedzic, z wiadomością, że w Szczurowej otwarto Szkołę Handlową. Znał też i podał terminy egzaminów wstępnych. Ojciec bez oporu, ale też bez zbytniego entuzjazmu, zawiózł mnie furmanką (5 km) do Szczurowej na te egzaminy.

Zdawałem z różnym powodzeniem. Niektóre przedmioty zdawałem na celująco np. chemię. Wszystko wiedziałem o fotosyntezie, o chlorofilu. Z fizyki znałem nawet nie oficjalną jeszcze naukę o rozbiciu atomu, o cząsteczkach atomowych, protonach i neutronach. (To było hobby kierownika szkoły w Borzęcinie pana Kazimierza Ogorzałka). Znałem doskonale polską gramatykę, ortografię, a najlepiej to chyba matematykę.

Natomiast wcale nie znałem historii Polski, literatury, geografii i poezji narodowej. Na zapytanie innego egzaminującego nauczyciela, mój egzaminator powiedział o mnie: „W niektórych przedmiotach geniusz a z innych, nic nie wie”. Przyjęto mnie jednak do II-giej Klasy Gimnazjum Handlowego, zaliczając okupacyjne samokształcenie. Nauka szła mi dobrze, nawet bardzo dobrze. Nadrobiłem braki i na tzw. „Małej Maturze” zostałem zwolniony ze wszystkich egzaminów.

Przeszedłem więc automatycznie do II-u letniego Liceum Handlowego, które kończyło się „Dużą Maturą” (normalną maturą). Tu przeżyłem znów nową przygodę. Po kilku miesiącach nauki w normalnej klasie, na prośbę Ojca i na podstawie moich wyników nauki, Dyrektor Szkoły mgr Eugeniusz Wałęga, przeniósł mnie do klasy „dorosłych”, gdzie matura miała być przyspieszona o pół roku.

Nagle, najmłodszy wiekiem, znalazłem się w gronie naprawdę dorosłych ludzi: poruczników AK, mężatek, byłych więźniów obozów niemieckich i powracających z przymusowych robót w Niemczech. Najgorsze było to, że klasa dorosłych była około 3 miesiące „do przodu” z programem w porównaniu z normalną klasą, którą opuściłem. Poznałem wtedy gorzki smak „osła”. Pamiętam do dziś, kiedy jeden z uczniów tej klasy, Olek W. (wrócił z obozu z Norwegii), mówił prawie płynnie po niemiecku: „Warend des Kriege meine Mutter ist gestorben”, gdy ja zaledwie w tym języku składałem „słówka”. Byłem zwolniony na jeden miesiąc z pytania i pisania zadań. Pewnego dnia, z własnej woli napisałem wraz z innymi zadanie klasowe z matematyki, otrzymałem pierwsze i pewnie ostatnie w życiu „niedostateczny” i lekcje prawdziwej pokory.

To pozwoliło mi w ciągu dalszej nauki w Liceum i w Seminarium lepiej rozumieć tych, którzy mimo chęci i dobrej woli nie potrafią odpowiedzieć, lub zrobić zadania. To stanowiło zasadę w późniejszym nauczaniu.

3. UŚWIADOMIENIE POWOŁANIA

Na moje imieniny (4 marca), na przerwie w klasie, składał mi życzenia nasz Ksiądz Katecheta (Profesor) Antoni Michalik. Życzył mi zdrowia, szczęśliwego zdania matury, na końcu dodał cicho, tak, że tylko ja słyszałem: „Żebyś mnie kiedyś zastąpił w kapłaństwie”. To ostatnie życzenie, zabrzmiało dla mnie jak „Głos Boży”. Nagle stało się dla mnie jasne, że nie mam wyboru, że „muszę” zostać kapłanem, że to w ten sposób Bóg mnie powołuje. Wiedziałem, że po maturze pójdę („muszę iść”) do Seminarium.

Pozostawało to jednak moją najgłębszą tajemnicą, o której poza Bogiem i mną, nie wiedział nikt! Nie rozmawiałem o tym ani z Rodzicami, ani z Księdzem Katechetą, ani nawet ze Spowiednikiem.

„Dużą Maturę” zdałem z wyróżnieniem. Kiedy Koleżanki i Koledzy dyskutowali, gdzie które pójdzie na studia, gdzie ja mógłbym pójść, nawet podobno Profesorowie zastanawiali się nad tym i typowali dla mnie różne kierunki studiów, ja miałem to „z głowy”. Wiedziałem i pogodziłem się z tym, że „muszę”, że pójdę do Seminarium. Wiedziałem też, że nauka w Seminarium rozpoczyna się w październiku, miałem więc jeszcze sporo czasu. Nic więcej o Seminarium nie wiedziałem, choć miałem Kuzyna Stanisława Rosę, który był już dwa lata w Seminarium w Tarnowie. Nie próbowałem z Nim nawiązać kontaktu, bo moje „Powołanie” było „Tajemnicą”

4. BYŁEM NAUCZYCIELEM

Mój Kolega i Sąsiad Olek Wójcik (którego Matka „ist gestorben”), postanowił iść do pracy (był styczeń). Najłatwiej wtedy było otrzymać pracę nauczyciela. Poprosił mnie Olek, bym z nim pojechał do Inspektoratu, do Brzeska. Pojechaliśmy rano, rowerami. Przyjął nas Wiceinspektor p. Rudolf Jakubowski. Kolega załatwił sobie posadę w szkole w Uszwi. Kiedy zamierzaliśmy już wychodzić, Pan Jakubowski mnie zagadnął: „A Pan?”. Odpowiedziałem: „Ja przyjechałem tylko z Kolegą i nie przewiduję pracy”. On jednak nie dał za wygraną. Zaczął opowiadać, że jest kierownikiem doświadczalnej szkoły, która ma próbną VIII-ą klasę (jedną ze 100-u takich w Polsce). Szkoła jest blisko Brzeska w Porębie Spytkowskiej. Teraz od półrocza został mianowany Zastępcą Inspektora Stebnickiego i szuka, kto by po nim objął nauczanie w tej szkole. Chodzi mu szczególnie o matematykę, fizykę i chemię w starszych klasach, łącznie z programem doświadczalnej VIII-ej klasy. Dodał, że obowiązki kierownika będzie pełnić jego żona Krystyna. On będzie przyjeżdżał codziennie (mieszkanie w szkole), to może służyć pomocą.

Na koniec zapytał: „A czym Pan przyjechał do Brzeska?”. „Rowerem” – odpowiedziałem. Ucieszył się wyraźnie. Po chwili namysłu zadysponował: „Kolega obejrzy sobie szkołę w Uszwi, a my przejedziemy się rowerami do Poręby. Pokażę Panu moją szkołę”. Po drodze nie rozmawialiśmy prawie wcale (rowery). Ja myślałem, jak ja pogodzę pracę w szkole z moim powołaniem? A może by i dobrze było przejść taką „praktykę” w szkole… przecież każdy ksiądz uczy religii w szkole… Nie byłem jednak zdecydowany. A kiedy się dowiem o Seminarium? A jak załatwię przyjęcie?

Dojeżdżaliśmy do pierwszych domów wioski. Na górce widać było biały kościół. „Ten czerwony budynek, poniżej kościoła, to właśnie moja szkoła”, poinformował mnie Inspektor. „Niech mi Pan na chwilę potrzyma rower”. Wszedł do najbliższego przy drodze domu. Wrócił po chwili i odbierając rower, powiedział: „Załatwiłem Panu w tym domu mieszkanie i wyżywienie. Ceny ustalicie potem. Państwo Nowakowie to bardzo dobrzy ludzie, mieszkanie gotowi dać za darmo, mają synka w piątej klasie”. Zrobiło mi się ciepło koło serca… ale stało się… jestem nauczycielem!

Pan Jakubowski przedstawił mnie swojej żonie i teściowi, który mieszkał z nimi. Z kąta pokoju, siedząc na podłodze, przyglądali mi się ciekawie dwaj chłopcy w wieku przedszkolnym, synowie państwa Jakubowskich. Pan Inspektor, w towarzystwie żony, pokazał mi wszystkie „klasy” (było już po lekcjach), pracownię fizyki (była tu miniaturowa maszyna parowa, którą z czasem uruchomiłem) i pokój nauczycielski.

Tu na podziale zajęć pokazał mi, w których klasach będę uczył i jakich przedmiotów. Oprócz matematyki, fizyki i chemii dołożył jeszcze gimnastykę w klasie VII-ej i VIII-ej. Ponieważ jeszcze kilka godzin brakowało do pełnego etatu (30 godzin), dodał jeszcze rysunki w VII-ej i VIII-ej klasie. Prosił też, bym objął po nim wychowawstwo VI-ej klasy. Rudolf zaprosił mnie teraz dość bezceremonialnie na spóźniony, wspólny obiad. Byłem tak oszołomiony ostatnimi wydarzeniami, że przestałem się czemukolwiek sprzeciwiać. Po obiedzie polecił mi Pan Rudolf wstąpić do Nowaków i powiedzieć, że od poniedziałku zaczynam pracę w szkole. U państwa Nowaków nie było problemu, bo tam przed kilkoma miesiącami mieszkał nauczyciel i wszystko było gotowe dla nowego lokatora. Ustaliliśmy tylko, że w poniedziałek przywiozę bieliznę pościelową. Z kolegą Olkiem spotkaliśmy się dopiero w Borzęcinie. Zdziwił się nieco, ale i szczerze ucieszył, że przyjąłem tę pracę.

W poniedziałek już o godzinie 7.30 byłem w Porębie. U państwa Nowaków zostawiłem przywiezione rzeczy osobiste i za 15-cie ósma byłem w szkole. Czekał na mnie Pan Inspektor. W pokoju nauczycielskim przedstawił mnie Paniom. Były to same nauczycielki. Starsza pani, bratanica Księdza Arcybiskupa Baziaka ze Lwowa, również starsza, żona miejscowego organisty i trzecia starsza pani, rodaczka z Poręby, mieszkająca w rodzinnym domu. Były też dwie panie w średnim wieku, mężatki i dwie młode nauczycielki, oraz pełniąca rolę kierownika szkoły, żona Inspektora Rudolfa – Krystyna.

Punktualnie o ósmej, zaprowadził mnie Pan Inspektor do VI-ej klasy. Dzieci (około 30-u), przywitały nas pozdrowieniem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” (taka była praktyka w tej szkole), a następnie dodały: „Dzień dobry Panom” (uderzyła mnie inteligentna zmiana liczby na mnogą), bo zwyczajnie było: „Dzień dobry Pani”, lub „Dzień dobry Panu”.

Pan Inspektor przedstawił mnie krótko i zostawił samego z klasą. Żeby dzieci nie zaczęły mówić, a miały na to ochotę, sam zabrałem głos. Była to akurat programowa lekcja matematyki, a z tym przedmiotem najmniej miałem problemów. W czasie najbliższej „pauzy” (przerwy) panie nauczycielki wypytywały życzliwie, jak sobie poradziłem? Odpowiedziałem, że dobrze i po przerwie realizowałem zajęcia w przewidzianych klasach.

5. UCZĄC, SAM SIĘ WIELE UCZYŁEM

W następnym dniu zastałem Panie przed szkołą. Podszedłem i przywitałem się podając demokratycznie rękę. Tak robiłem codziennie. Pod koniec tygodnia zorientowałem się, że „coś jest nie tak”. Panie straciły początkowy entuzjazm dla mnie. Z pomocą przyszła mi młoda – koleżanka – nauczycielka. Powiedziała: „Panie, u nas jest zwyczaj, że wszyscy mężczyźni (nawet ksiądz proboszcz) przy powitaniu całują Panie w rękę”. A to tak… pomyślałem sobie…

Była akurat sobota i pojechałem na niedzielę do domu, do Borzęcina. W poniedziałek szedłem parę minut później do szkoły, by na podwórzu zastać już wszystkie Panie. Stały jak zwykle w kółeczku przed drzwiami szkoły. Ukłoniłem się głęboko i całowałem każdą z Pań w rękę, zaczynając od najstarszych. Nie odmówiłem tego gestu i młodszym, wraz z życzliwą mi informatorką. Pierwsze całowane Panie były nieco zdziwione moją odmianą, ale następne wysoko podnosiły dłonie, by ich nie ominęło to moje całowanie. Zaraz zadzwonił dzwonek i wszyscy zadowoleni (ja też) rozeszliśmy się do swoich klas.

Po kilku dniach, bardzo mi życzliwa nauczycielka, żona miejscowego organisty, zaprosiła mnie do biblioteki parafialnej, którą prowadził jej mąż, żebym sobie wybrał coś do czytania. Przeglądając dział religijny, natknąłem się na książkę księdza dra Jana Bochenka pod tytułem: „Pójdź za mną”. Już po pierwszych stronach zorientowałem się, że jest to książka o Seminarium Duchownym w Tarnowie.

Wypożyczyłem ją wraz z innymi (żeby nie podpaść) i pospiesznie wróciłem do siebie. Książka „Pójdź za mną” okazała się dla mnie kopalnią wiadomości o Tarnowskim Seminarium Duchownym. Czytałem ją wieczorami, gdy już wszyscy spali, na dzień chowałem ją głęboko w łóżko, by nie wpadła w „niepowołane ręce” (znów konspiracja). Po przestudiowaniu tej lektury wiedziałem już, kiedy i z jakimi dokumentami należy się zgłosić do Seminarium.

Był marzec. W Borzęcinie umarł mój pierwszy katecheta (ze szkoły powszechnej), ksiądz Władysław Budzik, z którym byli zaprzyjaźnieni moi Rodzice. Brałem udział w pogrzebie w niedzielę po południu. I znów stanęły mi przed oczyma słowa Księdza Profesora Michalika: „Żebyś mnie kiedy zastąpił w kapłaństwie”. „Zastąpię!” – była moja zdecydowana odpowiedź.

Życie płynęło dalej. W parafii Poręba Spytkowska, miała się odbyć I Komunia Święta. Ksiądz proboszcz Józef Rojek zaprosił nauczycieli do współpracy. Dla mnie przypadły sprawy porządkowe. Podprowadzanie dzieci do ołtarza i odprowadzanie na swoje miejsca. Mnie też powierzył ksiądz proboszcz sprawę bezpieczeństwa dzieci. Chłopcy nieśli zapalone świece, dziewczynki papierowe lilijki. Całe „grono” wraz z Inspektorem Jakubowskim przystąpiło do spowiedzi świętej, by wraz z dziećmi przyjąć Komunię świętą. Uroczystość odbywała się w dniu powszednim o godzinie 7-ej rano. W szkole nie mogło być oficjalnie dnia wolnego, ale grono i dzieci wszystkich klas przyszliśmy prosto z kościoła w ubiorach świątecznych. Dzieci Komunijne miały w szkole śniadanie wraz z nauczycielami. Pozostałe dzieci dostały po bułce. Po śniadaniu wszyscyśmy poszli do domu.

Śmieszny wypadek zdarzył mi się na lekcji rysunków w VII-ej klasie. Był deszczowy dzień i nie mogliśmy iść w „plener”. Zostaliśmy więc na lekcje rysunków w klasie. „Co będziemy rysować?” – zapytały dzieci. „Tajemnica!” – odpowiedziałem. Odwróciłem się do tablicy i jak najlepiej umiałem, narysowałem kredą dużego kota. Zadowolony odwracam się do dzieci, odsłaniam rysunek i pytam: „Co to jest?”. Zgłasza się do odpowiedzi uczeń z ostatniej ławki, wyraźnie przerośnięty, który 3-ci raz „repetował” 7-mą klasę i prawie, że krzyczy: „Dioboł, dioboł prose Pana!”. Zmazałem gąbką czym prędzej kompromitujący rysunek. Nauczyłem się wtedy, że dzieciom należy zawsze mówić, co to jest, a nie liczyć na ich nieobliczalne domysły.

6. W SEMINARIUM

Szybko nadszedł miesiąc czerwiec. Zbliżał się koniec roku szkolnego. Wiedziałem z książki „Pójdź za mną”, że teraz należało się zgłosić do seminarium. Tak bałem się tego momentu! Gnany jednak tym wewnętrznym „musem” w pierwszy wolny od nauki dzień, nie mówiąc nic nikomu, wybrałem się pociągiem z Brzeska do Tarnowa. Wiedziałem tylko, że Seminarium Duchowne jest na ulicy Ignacego Krasickiego. Gdy pytałem o tę ulicę, wydawało mi się, że każdy domyśla się, co więcej, wie na pewno, że szukam Seminarium Duchownego. Taksuje mnie wzrokiem, jako kandydata na kleryka. Skierowano mnie życzliwie w stronę Katedry, a stamtąd pod Grób Nieznanego Żołnierza. Stąd już było widać duży, pomalowany na pastelowo budynek. Upewniłem się, czytając na frontonie: „RELIGIONI ET LITTERIS”. To było seminarium!

Zadzwoniłem do furty. Najpierw przez małe okienko w drzwiach zlustrowały mnie czyjeś oczy, a następnie otworzyły się drzwi i ktoś (dla mnie był to ksiądz, bo w sutannie) wypytał mnie dokładnie, kim jestem i czego sobie życzę. Wybąkałem z trudem, że jestem nauczycielem i pragnę być przyjęty do Seminarium Duchownego. Człowiek w sutannie (kleryk) zaprowadził mnie do małego pokoju na parterze i kazał cierpliwie czekać na przełożonego.

Upływały minuty i kwadranse, dla mnie długie jak nigdy, a ja czekałem i czekałem. Przez głowę przelatywały mi różne myśli. W pewnym momencie tego nerwowego oczekiwania zdecydowałem prawie: Zostawię to wszystko… wrócę do szkoły i pozostanę chyba nauczycielem…

W tym jednak momencie otwarły się drzwi i wszedł, utykając na nogę, starszy kapłan. „Długo na mnie czekacie? Suma w Katedrze się przedłużyła (Oktawa Bożego Ciała), a ja też nie „najdę” szybko. Chodźmy na górę”. Zrozumiałem, że mamy pójść na piętro.

„Śtupał” przede mną po drewnianych schodach, kołysząc się nieco z powodu krótszej nogi, w którą był ranny w czasie I wojny światowej. Potem szliśmy w milczeniu długim korytarzem. Rektor dr Władysław Węgiel (bo to z nim miałem przyjemność) był lekko zasapany. Na końcu korytarza otworzył kluczem drzwi i puścił mnie przodem. Zawiesił w przedpokoju czarną zarzutkę i wskazał mi otwarte drzwi na prawo. To był pokój rektorski. Biurko z dwoma krzesłami, okrągły stół z czterema krzesłami i pokojowa palma.

Ksiądz Rektor wskazał mi miejsce przy stole, sam usiadł obok i zachęcił: „No mówcie, bo coś niecoś wiem już od kleryka na bramie”. Obecność księdza Rektora dziwnie mnie uspokoiła, a jego „kalectwo” wzbudziło we mnie sympatię. Bardzo spokojnie opowiedziałem swój życiorys, który był zresztą streszczony w prośbie o przyjęcie. Przyszedł moment na przedstawienie dokumentów. Ksiądz Rektor pobieżnie rzucił okiem na pisemną prośbę, odsunął metrykę urodzenia, zajął się moim świadectwem maturalnym.

Czytał półgłosem: „Zachowanie – bardzo dobry; religia – bardzo dobry; język polski – bardzo dobry; język angielski – bardzo dobry; język niemiecki – bardzo dobry”. Tak doszedł do ostatniego przedmio-tu: „wychowanie społeczne – bardzo dobry. Po drodze było tylko dwa razy „dobry”. Zerknął jeszcze na drugą stronę świadectwa, gdzie były podpisy profesorów z tytułami doktorów i magistrów. Rektor westchnął i powiedział półgłosem: „Szkoda, że to wasze wykształcenie poszło w takim kierunku”.

Po chwili milczenie ksiądz Rektor dodał, ale już obiecującym tonem: „Będziecie musieli sporo nadrabiać, ale sądząc po waszym świadectwie, dacie sobie radę”. Zażartował nawet: „A nie przyjdzie tu za wami jaka nauczycielka?” I ja wpadłem w ton żartobliwy, odpowiadając: „Nie znajdzie seminarium, bo ja z trudem znalazłem”. Ksiądz Rektor roześmiał się głośno swoim charakterystycznym: „Cha, cha, cha!”. Zgarnął w róg stołu, właściwie w jedno miejsce, gdyż stół był okrągły, moje „papiery” i powiedział już poważnie: „Porozmawiam o was z księdzem Biskupem, ale czujcie się klerykiem. Wstąpcie jeszcze do kaplicy przy furcie”. Odprowadził mnie do drzwi korytarza i powiedział: „Zawiadomienie przyjdzie na adres waszej parafii”. Pożegnał mnie podaniem ręki.

Wracałem po tej rozmowie jak na skrzydłach. O mało nie biegłem długim korytarzem, a schodami, co drugi… Wstąpiłem do kaplicy seminaryjnej, ale na bardzo krótko, bo mnie niosło, żeby jak najprędzej być na ulicy, w pociągu i w domu. Tu dopiero odetchnąłem. Po pierwsze, to miałem już tę sprawę za sobą, a po drugie, to nie wyobrażałem sobie lepszego załatwienia.

Z podwójnym zapałem zabrałem się do wypisywania świadectw dla mojej VI-tej klasy. Z radości miałem nawet ochotę niektórym uczniom napisać na świadectwie lepsze oceny, ale byłem związany „arkuszem ocen”.

Po rozdaniu świadectw w pokoju nauczycielskim (był pusty) podszedł do mnie pan inspektor Jakubowski i powiedział: „Mam i ja coś dla pana” W ręce trzymał kopertę. „Ustaliliśmy z p. inspektorem Stebnickim (główny inspektor), że poślemy pana na studia pedagogiczne”. Odpowiedziałem: „Panie inspektorze, bardzo dziękuję, ale ja już zgłosiłem się do Seminarium Duchownego w Tarnowie”. Popatrzył na mnie zaskoczony, uścisnął mi mocno dłoń i powiedział życzliwie: „Gratuluję, serdecznie gratuluję!”. Pospiesznie opuściłem szkołę. Z paniami pożegnaliśmy się w przeddzień, na przyjęciu u Państwa Jakubowskich.

Trochę zdziwienia było u państwa Nowaków, że likwiduję mieszkanie, ale powiedziałem, że idę na studia, nie powiedziałem na jakie.

7. TAJNY KLERYK NA WAKACJACH

W sierpniu tego roku (1949), ksiądz proboszcz z Borzęcina Górnego, Franciszek Łącki, przejeżdżając obok naszego domu, przystanął i wręczył mi susceptę, czyli zawiadomienie o przyjęciu do Seminarium Duchownego. Suscepta była napisana po łacinie, ale trochę zrozumiałem – uczyłem się łaciny nadobowiązkowo w gimnazjum – a reszty się domyśliłem. Schowałem dokument jak najgłębiej, między swoimi „papierami”, nikomu nic nie mówiąc.

Pod koniec wakacji maturzyści naszej wioski (było nas około 30) urządzali zabawę taneczną na dokończenie złocenia nowego ołtarza w parafialnym kościele. Zabawa była z imiennymi zaproszeniami uczącej się młodzieży w szkołach średnich, wraz z rodzicami i borzęckich „notabli”. Jako jeden z tegorocznych maturzystów nie mogłem się „wymigać” od udziału, tym bardziej, że wcześniej grałem w kilku przedstawieniach na ten zbożny cel, między innymi w sztuce Zawiejskiego Gość Oczekiwany. O moim zgłoszeniu się do seminarium nikt nie wiedział, więc nie mogłem się na nie wymówić.

Wybrałem cichy kompromis. Zaproponowałem organizatorom: „Obsłużę wam bufet” Zgodzili się chętnie. Na godzinę przed rozpoczęciem zabawy byłem już za ladą bufetu. Sprawdziłem czym dysponuję – były kanapki, napoje, kotyliony, alkoholu nie było. Handel szedł mi dobrze! (wykształcenie handlowe). Nawet nauka reklamy się przydawała. Aż tu na parę minut przed północą, przybiega moja koleżanka, Kazia Hebda i bezpardonowo rozkazuje: „Musisz iść tańczyć, bo na sali siedzi wiele zaproszonych matek z córkami, brak chłopaków. Niewielu też przyszło ojców” (kilku siedziało w bufecie). Nie miałem wyboru, musiałem iść. „Przemęczyłem” tę zabawę do końca, do trzeciej godziny po północy. „Przemęczyłem” nie dlatego, żebym nie umiał lub nie lubił tańczyć, ale dlatego, że miałem świadomość, iż jestem przecież klerykiem. Pan Bóg wnet znalazł dla mnie pokutę… O wpół do czwartej wróciłem do domu. Było jeszcze ciemno. Rozebrałem się co z grubsza i rzuciłem się do mojego „ślufanka” (Schlafbank). Prawie natychmiast zasnąłem. Ile spałem, nie wiem. Nie dłużej pewnie niż kilkanaście minut. Zbudził mnie głos ojca: „Kazek, wstawaj! Jedziemy kosić łąkę”. I teraz nie było już pardonu… Zmieniłem ubranie na robocze, ale buty ubierałem te same. Były jeszcze ciepłe, nie zdołały wystygnąć.

W drodze na łąkę (3 km) trochu drzemałem, ale ojciec stale coś opowiadał. Kiedy stanęliśmy „do łąki”, świtało. Kosiłem za ojcem, a w głowie szumiały mi tanga, walce i fokstroty. Na godzinę dziewiątą łąka była skoszona. Już legalnie spałem całą powrotną drogę, a potem w domu, po drugim śniadaniu, całe popołudnie i noc do następnego rana. Wieczorem ojciec próbował mnie budzić do zrzucania siana, ale ujęła się za mną mama, perswadując ojcu: „Daj mu spokój, przecież jest po zabawie”. Mama umiała i lubiła tańczyć, Tata nie!

8. JAWNY KLERYK

Na początku września zostałem wezwany na badania przed Komisję Wojskową w Krakowie, Było nas około dwustu maturzystów z powiatu brzeskiego, bocheńskiego i sądeckiego. Próbowano przy okazji badań wywierać pewien nacisk, aby maturzyści zapisywali się „dobrowolnie” na „Podchorążówkę”, potem nie było odwrotu z wojska. Wielu z moich kolegów, tak właśnie związało się z wojskiem. Ja zostałem zwolniony na podstawie legitymacji nauczycielskiej, którą inspektor Stebnicki pozwolił mi zatrzymać na pamiątkę.

Powróciwszy do domu, po trzech dniach badań, zauważyłem u domowników dziwną zmianę. Najstarsza siostra, uczennica Gimnazjum Plastycznego w Szczawnie-Zdroju, unikała mnie wyraźnie. Mama wyglądała na zadowoloną i ucieszoną, tato uśmiechał się pod nosem, a młodsze siostry dziwnie mi się przyglądały. Myślę sobie – skąd ta zmiana? Sprawdzam moje dokumenty, a one są rozgrzebane. Na samym wierzchu „suscepta”. Domyśliłem się, że to siostra Marysia w „babskiej” ciekawości przeglądała (jak się później przyznała) moje świadectwa szkolne i natrafiła na ten dokument. Pokazała mamie, i razem jakoś „prześlabizowały”, że to nic innego, tylko moje przyjęcie do seminarium. Udawałem obrażonego, ale w duszy byłem zadowolony, bo za dwa tygodnie (17 września) miałem się zgłosić do seminarium, więc i tak musiałbym to jakoś powiedzieć.

Z „wyprawką” nie było problemu, bo kupiłem sobie wszystko jako nauczyciel. Zarabiałem 16.000 zł miesięcznie (wtedy na składkę w kościele dawało się 10 złotych).

„Wyprawkę” chciałem spakować w jeden tobołek. Nie udało się to jednak, bo mama miała dla mnie „wianną pierzynę”, którą musiałem wieść spakowaną osobno. Ojciec odwiózł mnie furmanką do stacji kolejowej Biadoliny. Stamtąd dojechałem pociągiem do Tarnowa. W Tarnowie przerzuciłem tobołki przez ramię i pieszo z dworca szedłem do seminarium. Teraz już mnie nie krępowało, że wszyscy wiedzą, że idę do seminarium. Szedł również ze mną kolega z Dolnego Borzęcina – Franciszek Oleksy. On miał mniejsze bagaże, bo jako wychowanek Małego Seminarium, niektóre rzeczy (pierzynę) miał już w Tarnowie. Franek pomagał mi nieść część moich bagaży.

Nie będę szerzej opisywał pobytu w Seminarium, bo Koledzy zrobią to lepiej. Podam tylko, w czym byłem oryginalny. Nie umiałem łaciny i nie znałem, poza Frankiem, nikogo. Nie byłem przystosowany do życia wspólnotowego. Znałem natomiast stenografię i notowałem wszystkie wykłady. Śmieszyły mnie dzwonki seminaryjne. Odczułem to jako cofnięcie się w czasie. „Dzwonią na nauczyciela”. Zresztą, gdy szedłem nauczać w szkole, Ojciec ofiarował mi zegarek – „cebulę” na łańcuszku. Teraz mi go pozostawił i byłem jednym z niewielu kleryków, którzy mieli zegarek.

Łacinę nadrobiłem w rok, czym zdobyłem sympatię profesora Józefa Brudza. Egzaminy zdawałem z łatwością. Pomagałem niektórym kolegom w nauce. Uczyłem się też grać na pianinie.

9. KAPŁAŃSTWO

Święcenia kapłańskie przyjąłem 9 maja 1954 roku, przez posługę ks. biskupa Karola Pękali. Msze święte przez najbliższe dni celebrowałem u księdza mgra Adama Kaźmierczyka na Burku. Prymicje miałem zewnętrznie bardzo skromne. Nie było „banderii”. Od pociągu z Biadolin przywiózł mnie kuzyn Jasiu Cieśla. Nawet po drodze zabraliśmy jakąś kobietę, która jak mówiła, szła od pociągu na prymicje księdza Martyńskiego, nie wiedząc, że jedzie z prymicjantem.

Wewnętrznie Prymicje były bogate i trwały 3 dni. W pierwszym dniu odbywały się ceremonie prymicyjne na plebanii i w kościele. Kazanie prymicyjne głosił ksiądz dr Jan Duda, rodak z Borzęcina. Manuduktorem (pomoc we mszy świętej) był ksiądz docent Jan Czuj, Rektor Akademii Teologicznej w Warszawie, także rodak z Borzęcina. Było wielu księży z naszej rodziny, między innymi ksiądz Rosa i ksiądz Kordela, wielu księży rodaków i księży sąsiadów. Do domu rodzinnego zawiózł mnie służbową „warszawą” ksiądz rektor Czuj. W domu oprócz kapłanów byli przyjezdni goście, zwłaszcza rodzina Surmów z Opoczna. W tym dniu prymicji brała też udział cała moja maturalna klasa, przywożąc w pre-zencie beczkę okocimskiego piwa.

Drugi dzień prymicji zarezerwowali sobie sąsiedzi. Nie przyszli w pierwszym dniu, by nie powiększać „ciżby”, ale około stu osób gościło się od 15-tej godziny do późnego wieczora, mając do wyłącznej dyspozycji prymicjanta.

W trzecim dniu zaprosiłem koleżanki i kolegów ze Szkoły Powszechnej, zaprzyjaźnionych pracowników kościoła, między innymi pana organistę Kołodziejczyka, który uczył mnie grać na fisharmonii, pana kościelnego Hebdę z żoną i córką Kazią, która mną tak porządziła na pamiętnej zabawie. Przepraszała za to, ale mówiła, że jej nawet wtedy na myśl nie przyszło, że pójdę do seminarium.

Do listopada czekałem na państwowe zatwierdzenie na pierwszą placówkę. Był to Otfinów nad Dunajcem, u księdza proboszcza Franciszka Węgla, brata rektora seminarium.

Po czterech latach zostałem przeniesiony do katedry, do Tarnowa. Główną moją pracą, poza wikariatem w katedrze, było nauczanie religii. Najpierw uczyłem religii w męskiej szkole im. Mikołaja Kopernika (nr 4) w Tarnowie. Po wyrzuceniu religii ze szkoły (uchwała sejmowa) uczyłem dzieci tej samej szkoły w punkcie katechetycznym przy tarnowskiej katedrze. Przez parę lat prowadziłem grupę około stu ministrantów, a ostatnie dwa lata scholę dziewcząt przy katedrze.

Po dziewięciu latach pracy w katedrze, „zaprotegowany” przez księdza dziekana W. Zygoniewicza, wylądowałem w Krościenku nad Dunajcem jako „wytrawny” katecheta.

Tu uczyłem religii młodzież miejscowego liceum ogólnokształcącego i prowadziłem „Zespół Dziewcząt” (stroje góralskie). Jeździliśmy po całej Polsce. Braliśmy też udział w odpuście na Burku u ks. rektora Aleksandra Dychtonia, w drodze do Leżańska.

Po 6-ciu latach pobytu i pracy w Krościenku n/D. znów zostałem „zaprotegowany” na probostwo w Lipinkach przez ks. kapelana biskupa ks. Kazimierza Górala. Ksiądz biskup Jerzy Ablewicz, Ordynariusz Diecezji Tarnowskiej, wyznaczył mi w Lipinkach następujące zadanie: dokończyć odbudowę zniszczonego przez pożar w 1972 r. kościoła parafialnego i przeprowadzić Koronację Łaskami Słynącej Figury Matki Boskiej Lipińskiej. Zadania te wykonałem. Wybudowałem też nową plebanię i rozpocząłem budowę Domu Pielgrzyma.

W 1982 r. zachorowałem na serce – zawał. Budowę Domu Pielgrzyma z pomocą ks. katechety dra Andrzeja Dyla ukończyłem w 1990 roku. Na zakończenie proboszczowania zafundowałem sobie i gospodyni Helenie Musiał, pielgrzymkę do Rzymu.

W sierpniu 1993 roku przeszedłem na emeryturę. Proboszczem za moją „protekcją” został miejscowy wikariusz – ksiądz licencjat Wacław Śliwa, który podjął budowę nowego kościoła w Lipinkach.

Mój stan zdrowia znacznie się pogorszył. Do choroby serca w 1992 roku doszła cukrzyca. Wiele razy byłem w szpitalu w Gorlicach. Mieszkam na plebanii. Ks. proboszcz zgodził się, że na plebanii mieszka również była gospodyni, również emerytka, Helena. Mimo pewnego kłopotu ze stawami (reumatyczne zapalenie), przygotowuje dla mnie cukrzycową dietę. W lecie odprawiam msze św. w kościele, w zimie na plebanii. Mam nadzieję, że Bóg Miłosierny, który tak dziwnie prowadził mnie przez życie, doprowadzi mnie do szczęśliwej wieczności.

Matka Boża Lipińska nie zapomni mi trudu Koronacji i będzie moją Orędowniczką u swojego Syna w niebie.

Lipinki, dnia 23 października 2002 roku

Tagi: , ,

Kategoria: Historia, Wspomnienia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Pin It on Pinterest