Dzieciństwo w czasie wojny

| 1 lutego 2013 | 0 Komentarzy | Odsłon: 1 857
Wspomnienia Stanisława Gurbisza z Lipinek

Czy dzieciństwo w czasie wojny bardzo różniło się  od współczesnego? Czy dzieci żyjące w okresie, który my znamy tylko z książek jako niespokojny, przesycony strachem, bitwami i krwią, miały swoje zabawy?

Poprosiłam dziadka o opisanie jednego zwykłego dnia siedmiolatka.

Stanisław Gurbisz z Lipinek

Stanisław Gurbisz z Lipinek

Wstawało się około 6:15-6:30. Zaczynało się od zapalenia pod kuchnią. Podpałka zawsze już wieczorem była  przygotowana. Paliło się, żeby mleko można było zagotować. Jadłem kromkę chleba, jeśli był jeszcze świeży i popijałem mlekiem. Stary chleb kruszyło się do ciepłego mleka.. też był smaczny. Jak zjadałem, to wychodziłam do szkoły. Chodziłem już na pierwszą zmianę, czyli od 8.00- 12.30 (druga zmiana była od 12.30-15.30 dla młodszych dzieci).

Miałem 4 nauczycieli. Uczyliśmy się polskiego, rachunków, religii, śpiewu, rysunku i gimnastyki. Sprawdzano obecność, ale 80 czy 90 dni nieobecności w ciągu roku, nie było niczym dziwnym. Nauczycielka tylko pytała się, dlaczego ktoś nie przyszedł do szkoły. Dzieci pomagały przy sadzeniu ziemniaków czy kopaniu. A w zimie nie każdy miał w czym chodzić – ubrań nie miał czy butów. Ja buty miałem – spody drewniane, górą biegła skóra przybita gwoździami do podeszwy. Raz jak wracałam w zimie, śnieg był bardzo mokry i  lepił się pod buty. W końcu został but w tym śniegu. Wziąłem pod pazuchę i na bosaka przybiegłem. Nogi miałem jak kostki lodu. Tato przybił skórę  z powrotem do drewna i  mogłem na drugi dzień pójść na naukę. 

W szkole było bezpiecznie, nie obawialiśmy się nalotów samolotu. Gorzej,  jak się wracało ze szkoły, wtedy trzeba było uważać. Koło Wątrobowej Góry Niemcy często ćwiczyli strzelanie. Ponadto zdarzały się też naloty. Rodzice uczyli mnie, aby wskakiwać do fosy, jak tylko zauważę zbliżające się samoloty. Pamiętam, jak raz strzelano z nich, byłem już blisko domu, to biegłem, ile sił miałem w nogach.

Po powrocie do domu jadłem obiad. Często były ziemniaki z kapustą, czasem kluski razowe z mlekiem, a jak nie było mleka to z polewką (serwatka zagotowana z mąką i jajkiem).

Jeśli było zadanie domowe, to robiłem, uczyliśmy się też wierszyków na pamięć. Później pomagało się przy gospodarstwie. Trzeba było śnieg odgarnąć z podwórka lub drzewa nanieść. Często też stałem na czatach i pilnowałem, czy policjanci nie jadą. Mama wtedy mieliła zboże na mąkę (mielenie było zabronione, zboże należało oddawać do młyna, ale wtedy zawsze traciło się część mąki). 

A w lecie to krowy pilnowałem. Pola nie było dużo, więc Łojso (częste imię dla krowy koloru rudego) pasła się na miedzy. Zamiast trawy lubiła jeść liście ziemniaków, więc przyprowadzałem ją do porządku. Mama nauczyła mnie grzyby zbierać, więc często chodziłem do lasu. Zbierałem też patyki i szyszki na opał. Nauczyłem się również robić pomietki (miotła z jedliny).

Tata dużo pracował, jak wracał z pracy z kopalni, to szedł w pole. Umiał też strzyc maszynką. Często przychodzili Niemcy i mówili, aby ich ostrzyc. Jak było ciemno, to musiałem trzymać lampkę, żeby tata równo obcinał.

Spać chodziło się wcześnie. O 20.00 czy 20.30, jeśli nie było nic do zrobienia.

Wspomnienia swojego dziadka Stanisława Gurbisza z czasów wojny spisała i nadesłała do NIS Lipinek Anita Gurbisz.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: Historia, Wspomnienia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pin It on Pinterest