Anita Gurbisz: Wyprawa w Góry Północnoalbańskie – cz. II

| 13 lipca 2014 | 0 Komentarzy | Odsłon: 346

Z wielką radością prezentujemy Czytelnikom NIS Lipinek drugą część relacji z wyprawy do Albanii. O albańskich klimatach, niezwykłej przyrodzie i równie niezwykłych mieszkańcach tego niezbyt znanego europejskiego kraju, opowiada Anita Gurbisz.

Albania2014 (30 of 117)Gór w Albanii nie trzeba specjalnie szukać, zajmują około dwóch trzecich powierzchni kraju. Wyróżnić możemy trzy główne grupy górskie. Na pograniczu z Grecją, góry Pindos, na pograniczu z Macedonią system Szar Płaniny z najwyższym w kraju szczycie Korab oraz wybrane przez nas na samej północy, graniczące z Czarnogórą i Kosowem Góry Północnoalbańskie. Poetycko bywają również nazywane Alpami południowej Europy, natomiast autochtoni (co najbardziej przypadło mi do gustu) nadali im przydomek „gór przeklętych”. Nic dziwnego, wysokie, skaliste, dzikie i niebezpieczne musiały budzić wśród mieszkańców postrach.

Już wyjeżdżając z największego miasta w północnej części Albanii, Shkoderu i kierując się na północ do stolicy „wielkich gór” Kopliku, mogliśmy podziwiać otwierające się przed nami ramiona Gór Północnoalbańskich. Dość szybko docieramy do umówionego miejsca spotkania, miejscowości Boge. Przy pierwszym domu i zarazem pierwszym barze, siedzi i oczekuje nas Mundek. Uśmiechy, toasty i wymiana opowieści o dotychczas doznanych przygodach, zostają przerwane przez przyjazd kolejnych dwóch samochodów na polskich rejestracjach z naszymi kompanami. Niestety, ekipa czwartego samochodu jest wciąż w Polsce, z powodu awarii skrzyni biegów, i ma dogonić nas już w górach.

Albania2014 (60 of 117)Popołudniowe godziny szybko mijają, nie dojdziemy już pieszo z dużymi plecakami do kolejnej miejscowości za przełęczą, nie kursują już dziś tam żadne busy, dlatego też postanawiamy wynająć we wsi vana, na nasze 13 osób. Po kilku rozmowach z miejscowymi i ich telefonach, udaje się załatwić takowy w cenie 100 euro. Kierowca straszy fatalną nawierzchnią drogi, więc pośpiesznie pakujemy plecaki na dach, a sami wygodnie usadawiamy się w środku busa. Asfalt szybko się kończy, ale przez kilka kilometrów cieszyliśmy się dość szeroką i świeżo utwardzoną drogę. Niestety, tuż przed przełęczą na poboczu stoją maszyny remontowe, a dalsza droga prezentuje to, o czym opowiadają przewodniki, miejscowi i kierowca. Droga jest bardzo wąska, jedziemy przyklejeni do skały, gdyż z drugiej strony jest przepaść. Z wrażenia zapominam robić zdjęcia, ba! Nawet boję się przejść w busie na stronę, gdzie widać „nic” tylko głęboką… bardzo głęboką dolinę w dole.

Z przełęczy Buni i Thores (1673 m) droga jest w o wiele gorszym stanie. Pomimo że jedziemy z górki to kierowca musi się mocno natrudzić i nakręcić kierownicą, czasami biorąc zakręt na dwa razy, aby ominąć wystającą skałę. Ja co chwilę oglądam się za siebie, sprawdzając, czy jedzie jeszcze tato… Tak tak, ten postanowił pojechać kawałek za nami, tzn. tyle ile się da. Okazuje się, że i nasz samochód, pomimo wielu ostrzeżeń miejscowych i forów internetowych jest w stanie pokonać tę drogę. Oczywiście bez dodatkowych kilogramów w środku.

Po godzinie podskakiwania po kamieniach prosimy kierowcę o krótką przerwę. Ta następuje właściwie z przymusu, gdyż z naprzeciwka nadjechał jeep i trzeba się zastanowić, jak i gdzie najlepiej będzie się minąć. Ja z zadowoleniem w końcu wyciągam aparat :) A jest już co podziwiać. Widoki niczym w naszych Tatrach, intensywnie zielone i dziewicze doliny, a w górze, na szczytach leży jeszcze pięknie odbijający się w słońcu śnieg.

Albania2014 (63 of 117)Po ponad 2 godzinach i ok 25 km docieramy na miejsce, do wioski Theth. Tu już na nas czekają z otwartymi ramionami i proponują pole namiotowe. Trochę zdziwieni odmawiamy płatnego miejsca i mówimy, że od razu wychodzimy w góry. Zwarci i gotowi zmierzamy za wioskę, a z racji, że się ściemnia, rozbijamy się na pierwszej możliwej polance. Zaprzątnięci zbieraniem drewna na ognisko i już myśląc o obiedzie po całym dniu podróży, nawet nie spostrzegamy, że jesteśmy obserwowaniu przez młodych mieszkańców.

Zamiast ogniska rozpaliła się dyskusja pod tytułem „jestem królem wioski i ta ziemia należy do mnie, dlatego też płacicie mi 20 euro za rozbicie namiotów”. 20 EURO?- dopytujemy z niedowierzaniem. Traktując sprawę na początku żartobliwie, próbowaliśmy przekonać może 15 letniego biznesmena, iż nic na jego polanie nie zepsujemy i wszystkie kamienie i krzaczki zostaną na swoim miejscu… Ponadto, skąd mamy mieć pewność, że to naprawdę jego królestwo? Zszokowała nas też znakomita znajomość j. angielskiego owego młodzieńca, a koniec końców, gdy przywołał do siebie braci i kuzynów daliśmy za wygraną i o 22.00 spakowaliśmy dobytek i ruszyliśmy wyżej.

Chodzenie nocą nie jest komfortowe w nieznanym terenie. Szybko zgubiliśmy właściwe znakowanie, znajdując się przy rwącym potoku. Trochę szukania, wracania i ostatecznie przeskakiwanie na drugą stronę rzeki sprawiło, że znowu podążaliśmy „właściwym” czerwonym szlakiem. Zmęczeni nocną wędrówką pod górę rozbijamy się w lesie. A właściwie rozkładamy śpiwory, bo miejsce jest tylko na jeden z pięciu namiotów. Nad ranem, po sprawdzeniu mapy, okazuje się, że ów „właściwy” szlak wcale nie jest tym, na który pierwotnie planowaliśmy się wybrać (na Jezerce, najwyższy szczyt tych gór). Jesteśmy na trasie prowadzącej do doliny Valbone. Jeszcze rzut oka na mapę i obieramy drogę czerwonym szlakiem, mając nadzieję, że za kolejną przełęczą odbijemy w kierunku Jezerców. Wychodzimy zaledwie po skromnym śniadanku, gdyż doskwiera nam brak wody. Mapa pociesza, pokazując, iż za parę kilometrów będzie strumień. Na szczęście nie kłamie i jeszcze przed południem urządzamy sobie porządne, drugie śniadanie oraz z racji pięknie świecącego słońca decydujemy się na kąpiele. Woda jest lodowata. Przeszywa szczególnie skórę głowy tak mocno, że sprawia ból porównywalny z wyrywaniem włosów. Po przeszło godzinie, pojedzeni i odświeżeni podnosimy plecaki i ruszamy w dalszą drogę.

Albania2014 (71 of 117)Według mapy za ok. dwie godziny osiągniemy kolejną przełęcz, a tuż za nią będzie kolejny strumień i nasze odbicie w kierunku wymarzonego szczytu. Po drodze spotykamy holenderską grupę z lokalnym przewodnikiem i ten ku naszym zdziwieniu nic nie wie o szlaku na szczyt…

Schodzimy w dół do doliny, wypatrując wydeptanej ścieżki. Jednakże jedyne co widać to ciemne chmury i mgła. Sytuacja wydaje się dość komiczna. Nad nami świeci ostre słońce, po błękitnym niebie biegają białe chmurki. Tylko wybrany przez nas kierunek jawi się podejrzanie i złowrogo. Szybciutko przebiegamy przez płaty śniegu, które schowały się w zacienionej skale, i już jesteśmy na kwiecistej łące. Razem z Eweliną i Konradem wyszliśmy sporo przed grupą i postanawiamy wykorzystać czas na ugotowanie obiadu. Gdy kończymy, nadchodzi kompania. Po dłuższej obserwacji ciemnego nieba postanawiamy odłożyć wędrówkę ku zasypanej śniegiem przełęczy na następny dzień. Znajdujemy idealne miejsce na namioty i wykorzystujemy resztę dnia na kąpiele i leniuchowanie ;)

Wraz ze świtem następnego dnia, zmobilizowani ruszamy do góry. Nawigacja jest dość utrudniona z powodu braku znaków, które znajdują się pod śniegiem. Ten jest mocno ubity, ale mokry i śliski, co nie ułatwia poruszania się w górę. Po pewnym czasie wchodzimy w mgłę i jak kaczuszki człapiemy jeden za drugim. Po 2 a może 3 godz. stajemy na przełęczy. Okazuje się, że dalej bez raków, a może i czekana, byłoby zbyt niebezpiecznie poruszać się. W górach jest jeszcze zbyt dużo śniegu i wysokość 2700 zamienia się w zimowe wejście. Widoków nie ma zbyt dużo, więc po opróżnieniu plecaków z czekolad i kabanosów zjeżdżamy z powrotem do zielonej doliny. Ci z większymi stopami wygrywają wyścig, wykorzystując je jako narty ;) Nawet nie wiem, kiedy ze śniegu wpadamy w kwiaty i tą samą drogą zarządzamy odwrót w kierunku Theth. Nocleg zaplanowaliśmy na mijanej polanie, ok 2 godz. od wioski. Przy wieczornym ognisku udaje się pośpiewać ulubione piosenki i po spożyciu cudem ocalonej do tej pory nalewki grzecznie zasypiamy.

Albania2014 (203 of 216)Przychodzi czas na zejście do wioski, która nie przywitała nas miło. Chcemy ją szybko pozwiedzać, odnaleźć tatę i ruszać w kierunku domu. Miejscowość urzeka samym położeniem nad wartkim, krystalicznie czystym strumieniem, na tle wysokich gór. Zadziwiło mnie, że każdy z domów jest solidnie ogrodzony, wyższym lub niższym płotem. Wędruję się bardzo wąskimi pasami pomiędzy płotami. Na tatę napotykamy się szybciej niż się spodziewaliśmy. Jako że spędził tu dwa dni, poleca warte zajrzenia zakątki i umawiamy się po drugiej stronie strumienia na południu wioski. Zaczynamy od kamiennego, pokrytego gontem kościoła katolickiego z XIX wieku, następnie ścieżką obok wieży odosobnienia trafiamy do młynu wodnego. Wartkim krokiem, wzdłuż szafirowej wstążki wody zmierzamy do zachwalanego wodospadu Grunas. Po drodze gubimy jednak drogę i przy pomocy mieszkańców trafiamy na „kładkę” prowadzącą nas na drugą stronę potoku. Kładka jest dość specyficzna i nie każdy odważyłby się przejść. Są to dwie grube metalowe rury. Nie ma żadnej poręczy, jest nierówna i doskonale przez szparę widać rwący, głośny potok.

Tu też spotykamy pozostałą część wędrowników i ku wielkiemu naszemu zaskoczeniu pojawia się ekipa z czwartego „zepsutego” samochodu. Jeszcze większe nasze zdumienie, gdy słyszymy od nich, że udało im się nadrobić stracony czas na naprawę i podeszli właściwym szlakiem w okolice Jezerców.

Albania2014 (61 of 117)Ostatnie uściski i tu się rozstajemy. Tato, który dotarł tu samochodem, zdecydował, że wrócimy do Shkodry inną, okrężną i ponoć lepszą drogą. Jak się później okazało, była to najgorsza decyzja podczas całego wyjazdu. Zamiast 70 km zafundowaliśmy sobie 130 km fatalnej drogi. Owszem, widoki po drodze, głęboki na 40 m wąwóz Grunas czy czarujące kaskady wodne i kotły eworsyjne przy rozlewisku Czarnej Studni były przepiękne, ale cud, że tą drogę pokonaliśmy tylko z pogiętym, rozszczelnionym układem wydechowym.

Po drodze były nawet jakieś miejscowości (Nicaj-Shale, Kir) składające się z paru domów rozrzuconych na wzgórzach. Jednakże więcej było przydrożnych krzyży i tabliczek z wypisanymi nazwiskami tych, dla których droga okazała się zbyt wąska. Trasę w dużej mierze pokonaliśmy pieszo, odciążając samochód lub wskazując drogę pomiędzy wystającymi progami skalnymi. Bojąc się, że zastanie nas noc, „pędziliśmy” 30 km/h, co czasami wydawało się prędkością zabójczą i prosiłam tatę, żeby zwolnił… Koniec końców po 7-8 godzinach pojawiła się utwardzona droga i asfalt. Zbliżał się wieczór i pojawił się dylemat: Szukać mechanika czy restauracji? Byliśmy tylko po lekkim śniadanku. Decyzja zapadła jednogłośnie, samochód musiał poczekać. Posileni i ochłonięci po ciężkiej drodze, postanowiliśmy trochę skrócić zaplanowaną trasę powrotną do Polski ze względu na nieznany stan samochodu.

Subaru wydawało odgłosy niczym samochód sportowy, ale co najważniejsze jechało :) Przed nami Czarnogóra, która kompletnie nas zaskoczyła, ale to już inna historia…

Autor: Anita Gurbisz

Tagi: , , , , ,

Kategoria: Inne, Turystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Pin It on Pinterest